Borejków walki nad bzdurą

Nakładem wydawnictwa Akapit Press ukazał się właśnie dwudziesty tom „Jeżycjady” Małgorzaty Musierowicz. Niegdyś serię tę stanowiły opowieści o dziewczętach z poznańskich rodzin Żaków oraz Borejków, teraz powieści coraz częściej zorientowane są na męskich członków rodu Borejków. Konkretnie zaś na synów Gabrysi, która od trzeciej części („Kwiat kalafiora”) stanowi centralną postać cyklu, oraz jej siostry Idy (tytułowej bohaterki tomu czwartego). Najnowszy tom („Wnuczka do orzechów”) opowiada przygody Ignacego Grzegorza (potomek Gaby) oraz Józinka (pierworodnego Idy) – siostry chłopców przebywają właśnie w Anglii oraz Szwajcarii, dzięki czemu autorka może skoncentrować się na tym, co w powieści dla dorastających dziewcząt najważniejsze, a więc na perypetiach miłosnych nastolatków płci męskiej [sic!]. Bez sensu, prawda? Nie koniec to jednak zdziwień. Inna rzecz, że Musierowicz wcale nie pierwszy raz zadziwia (i rozczarowuje) swe czytelniczki. Na forach internetowych wrze aktualnie dyskusja, czy „Wnuczka do orzechów” gorsza jest od wysoce irytującej „McDusi” (dziewiętnastej części „Jeżycjady”), czy może jednak lepsza (a jeśli tak – to w czym).

Polemika ta, nie powiem, interesuje mnie wielce – streszczać jej jednak nie będę. Wspomnę tylko, że większość dyskutantów (właściwie dyskutantek) wyraźnie tęskni za wartką akcją, tej bowiem we „Wnuczce do orzechów” jak na lekarstwo, tymczasem w „McDusi” było jej chyba aż nadto. Rzeczywiście, w ostatniej powieści w zasadzie niewiele się dzieje – a większość postaci oraz okoliczności przyrody służy autorce ledwie za dekorację. Wątła intryga sprowadza się bowiem do tego, by na idyllicznym tle dać wykwitnąć (tak po prostu) absolutnej, idealnej i idealistycznej miłość od pierwszego wejrzenia między bystrą, odpowiedzialną i obowiązkową licealistką (Dorotą Rumianek) a męskim, mężnym i bardzo pracowitym maturzystą (Józefem Pałysem). Jak powszechnie wiadomo, dzisiejsza młodzież jest do bani (inna sprawa, że Musierowicz robi, co może, by umacniać stereotypy na jej temat) i generalnie liczą się dla niej tylko komórki, tablety, internety, ponadto używa ona języka pełnego skrótów, kalek i anglicyzmów, a cechują ją głównie egoizm, konsumpcjonizm, upadek ducha oraz obyczajów. Jednakowoż zaraza współczesności nie ima się rodziny Borejków, gdyż tą od wszelkiego zła broni – a jakże – czytanie książek (konkretnie zaś klasyki). Nad domem Borejków czuwają ponadto Seneka (w sypialni nestorów stoi jego popiersie), Jan Paweł II (z ulubionego zdjęcia – tego „z rozpostartymi ramionami”) i… Fatum. Dzięki temu ostatniemu, konkretyzującemu się w tym wypadku jako tąpnięcie gruntów i uszkodzenie budynków mieszkalnych z powodu drążenia podziemnych parkingów oraz remontu poznańskiej Kaponiery, starsi państwo (Mila i Ignacy Borejkowie) mają wreszcie doskonałą sposobność, by w końcu opuścić na dłuższy czas ukochane mieszkanie w kamienicy przy ulicy Roosevelta. Bez sensu, prawda? A jednak.



W kreowanym przez Musierowicz świecie nawet groźba utraty własnego domu oraz dobytku całego życia okazuje się niczym strasznym w porównaniu z koniecznością egzystencji w nieprzejednanej dżungli współczesnego miasta. Miasto – to dopiero nieszczęście! Miasto średniej wielkości stanowi tu bezduszny, kradnący czas i siły witalne moloch – istoty myślące, czujące i czytające poezję (czyli Borejkowie), bez wzglądu na płeć, wiek, profesję oraz zainteresowania, chętnie porzucają więc miasto na całe tygodnie, nierzadko robią to nawet znienacka – ot, tak, po prostu, bez najmniejszych przygotowań. Gdzie się wówczas udają? Ano, rzecz jasna, na wieś. Cała nadzieja we wsi, choć nie w całej wsi (ta bezrobotna i pijąca piwo pod sklepem jest – oczywiście – fuj). Wieś z „Wnuczki do orzechów” jest piękną i samowystarczalną przystanią (Ignacy Borejko nazywa ją nawet rajem), a jej mieszkańcy (rzecz jasna, z wyjątkiem tych pijących piwo) połączeni są bezpośrednio z bytem, sednem życia i sensem istnienia (inna sprawa, że połączenia te to nic innego jak przelewające się wte i wewte oceany banałów, komunałów i grafomanii). W dodatku, jakimś cudem, niemal wszyscy umieją powozić bryczką (nawet ci, co na co dzień zajmują się tylko piciem piwa). Co tam zresztą miejscowi! Józef również, choć przecież wychował się w samym centrum Poznania, jak trzeba, chwyta za lejce i po prostu powozi – zresztą w kreowanym przez Musierowicz świecie nie takie umiejętności i dobra spadają wprost z nieba. Niebiosa niezwykle szczodre i miłosierne są przede wszystkim dla dwóch siedzib ludzkich – pierwszą zamieszkuje Dorotka oraz jej babcie, drugą – rodzina Borejków. Reszta świata istnieje tu jako nawias, margines i tło, od którego te nieprzeciętne rodziny odbijają się tym wyraziściej. Pozostaje jednak pytanie, czym zasłużyły sobie obie familie na takie wyróżnienie ze strony losu? Odpowiedź jest prosta – różnicę robi ich zgoła stoicka postawa względem napierającej zewsząd rzeczywistości.

Ale nawet Borejkowie, jak każde stado, posiadają w swoich szeregach czarne owce – właśnie gra o ich duszę i ducha stanowi zwykle oś zawiązanych w poszczególnych tomach perypetii. W dwudziestym tomie odium odmieńca (w tym wypadku niecierpliwej i popędliwej złośnicy) spada (nie pierwszy raz zresztą) na Idę Pałys – córkę Mili i Ignacego Borejków, matkę trójki dzieci (w tym wspominanego Józefa), doktor nauk medycznych i świetną laryngolog. Ida jest impulsywna, energiczna, gadatliwa, nieco nadintensywna, dość zaborcza, wybuchowa, przewrażliwiona itd. Zdenerwowana kiepskimi wynikami egzaminów maturalnych Józefa Ida robi swym bliskim piekiełko w domu, wcale jednak nie stopnie pierworodnego skłaniają ją ostatecznie do ucieczki z domu, lecz insynuacje jej męża, który usprawiedliwia jej nieadekwatne do sytuacji reakcje oraz pretensje zaburzeniami hormonalnymi, tudzież klimakterium. Rozwścieczona Idusia rzuca więc wszystko i, nie mówiąc nic mężowi (Markowi) oraz synowi, zaszywa się na wsi – u przypadkowo poznanej Dorotki. W odróżnieniu od pani doktor Dorotkę charakteryzuje prawdziwie stoicka postawa, a Musierowicz tak prowadzi swoją narrację, że niemal od samego początku nie mamy najmniejszych wątpliwości, iż nastolatka z podpoznańskiej wsi jest dojrzalsza, mądrzejsza i godniejsza zaufania od matki trojga dzieci oraz lekarki z dwudziestoletnim stażem. W toku narracji okazuje się jednak, że nawet na krnąbrną Idę jest jeden sposób, a mianowicie mąż (sama się przecież nie opanuje). Dopiero jego przyjazd kładzie kres szaleństwom pani Pałys. Co ciekawe, by podjąć męża, Ida przebiera się w niebieską sukienkę Dorotki – jakby bez wejścia w ciuchy sumienniej i solennej nastolatki uspokojenie i wyciszenie furiatki nie mogło mieć w ogóle miejsca!

Dziwaczne to wszystko. Najgorsze jednak, że napisane koszmarnym – pretensjonalnym i przesiąkniętym niestrawnym dydaktyzmem oraz natrętną moralistyką – stylem. Weźmy na przykład scenę pożaru: płonie pole sąsiada Dorotki, a gawędź ludzka, jak to gawędź, schodzi się licznie, by popatrzeć na ludzkie nieszczęście: „Sporo ludzi stało na szosie, w wydzielonej przez strażaków strefie – sąsiedzi i przejezdni. Co chwila przystawał nowy samochód, motocykl lub furmanka. Właściciel pola, pan Nowak, też już dobiegł ze wsi, teraz siedział na kamieniu beznadziejnie zgarbiony, z twarzą w dłoniach, jakby nie mógł patrzeć na to zmarnowanie. Wiadomo było, że nie ubezpieczał się nigdy, nie miał pieniędzy. Sąsiedzi patrzyli na niego ze współczuciem, co chwila ktoś podchodził, poklepał go po ramieniu albo zagadnął parę dobrych słów, inni po prostu stali obok niego, w ten prosty sposób dodając mu otuchy. Tylko ludzie z miejskich samochodów okazywali podekscytowanie, pokrzykiwali, jakby to była jakaś przygoda rodem z filmu lub gry komputerowej, a nie najprawdziwszy kataklizm. Niektórzy śmiali się drwiąco i rzucali kretyńskie uwagi, i ci byli najgorsi do zniesienia. Dorota aż odwróciła wzrok, widząc, że istoty ludzkie mogą tak szydzić z cudzego nieszczęścia. to się nie mieściło w słowie »ludzkie«. Ludzkie jest przecież współczucie, ludzka jest dobroć, braterstwo, chęć niesienia pomocy! Babcia Wikta też patrzyła na to ze zgorszeniem i niedowierzaniem. […] Wreszcie nie zdzierżyła, wyskoczyła z bryczki, podeszła do grypy tych najgorszych i zaczęła im pedagogicznie przemawiać do rozumu, ale było to działanie daremne, mówiła jak to stworzeń innego gatunku ”. Właśnie.

W czarno-białym świecie Musierowicz albo jesteśmy Borejkami (ewentualnie Rumiankami), albo należymy do istot innego gatunku. Nie dość bowiem, że miano człowieka „ludzkiego” (takiego więc, który w pełni docenia dzieło stworzenia, chroni je i chwali językiem poezji oraz filozofii – stoickiej, bo innej tutaj de facto nie ma) nie przysługuje mężczyznom pijącym piwo pod wiejskim sklepem, to jeszcze wystarczą miejskie blachy, by znaleźć się na marginesie tego, co „ludzkie”. Więcej nawet – kiedy Mila i Ignacy zostają określeni „dobrym starym pokoleniem”, to przecież nie chodzi o podkreślenie ich szczególnych zalet, lecz o wskazanie na beznadziejność całej reszty (stąd w kolejnym zdaniu czytamy: „Tym to się nigdy mózg nie zagotuje”). Kiedyś raził mnie coraz bardziej konserwatywny, radykalizujący się z książki na książę światopogląd autorki (dość nachalnie, niestety, eksponowany w kilku ostatnich częściach „Jeżycjady”), a teraz myślę sobie, iż każdy ma prawo do wyrażania własnych poglądów, przykro mi jednak, że Musierowicz nie umie tego robić inaczej (a przecież w „Kwiecie kalafiora” czy w „Opium w rosole” naprawdę potrafiła), jak tylko językiem, który wyklucza, obśmiewa i napiętnowuje. Grzechami śmiertelnymi „Wnuczki do orzechów” (i, jak dla mnie, niewybaczalnymi) są nie tyle dydaktyzm, pretensjonalność, moralizatorstwo czy absurdalność, nierealność i kiczowatość świata przedstawionego, ale właśnie ów wyższościowy ton. Kiedyś Musierowicz dzieliła ludzkość na lepszych i kulturalnych mieszkańców przedwojennych, secesyjnych kamieni oraz pospólstwo gniotące się w blokach z wielkiej płyty. Dzisiaj takie podziały już jej nie wystarczają – autorka posuwa się więc do sugestii, że Borejkowie to ostatni „ludzcy” ludzie (nieprzypadkowo Mila Borejko zaczytuje się właśnie w „Nosorożcu” Ionesco) – reszta świata zdziczała zaś w wielkomiejskich dżunglach, tudzież skarlała do szwędających się po wiejskich drogach „instynktów”. „Chodzący instynkt” – tak Dorotka nazywa Igora – kolegę spędzającego całe dnie na żłopaniu piwska i zaczepianiu bogu ducha winnych ludzi: „Igor, biedny prymityw, miał już mętny wzrok. […] Z tymi wydatnymi jak u pitekantropa łukami brwiowymi, z niskim czołem, z łapskami jak łopaty, supłowato umięśniony, mógłby być ulubionym modelem dla Darwina, zwłaszcza że zarazem z twarzy (niedużej względem reszty ciała, a osadzonej na nieproporcjonalnie szerokiej szyi), no i z owych krótkich łap oczywiście, przypominał w niejasny sposób żółwia z Galapagos (Chelonoidis nigra). To nie była oczywiście jego wina, któż odpowiada za zestaw genów, jakim mu w tej loterii przypadnie? Ale tak czy siak, winny czy niewinny – były szkolny kolega skojarzył się jej na zawsze z żółwiem – i kropka! – nic mu nie pomoże”. No właśnie – nic i kropka!

Niechybnie coś trzeba zrobić z tym postępującym upadkiem ludzkości. Spodziewam, się, że w kolejnych częściach „Jeżycjady” („Feblik” – taki brzmi tytuł zapowiadanego już teraz tomu) Musierowicz będzie musiała umieścić jedyne godne przetrwania istoty (Borejków oraz taką atencją darzone w ostatniej powieści zwierzęta) w szczelnej arce, a resztę istnienia zmyć po prostu z powierzchni ziemi – koncept wcale nie nowy i, jak widać, nadal nęcący pewne umysły. Bo co do tego, że poznańska autorka weźmie wreszcie trzeźwiący prysznic, straciłam ostatecznie nadzieję. „Jeżycjada” stała się, proszę Miłych Czytelników, desperacką „Borejkomachią” – bezwzględną walką, jaką wydał nestor Ignacy (i jego ród) wszystkiemu, co inne lub choćby nowe (tak w łonie rodu, jak i na zewnątrz). Weźmy na przykład tytułowe Jeżyce – nie ma o nich w ostatnim tomie cyklu choćby jednego dobrego słowa. Modernizacja Kaponiery uczyniła z nich biblijną Sodomę i Gomorę – miejsce, w którym nie można już dłużej godnie i dobrze bytować, a z którego winni się wynieść natychmiast ostatni sprawiedliwi. Gdzie? Oczywiście na łono natury – tylko tam świat może się począć na nowo.

Dlaczegóż jednakowoż wizja totalnego oczyszczenia i odrodzenia ludzkości w łonie tej przesympatycznej niegdyś rodziny wcale mnie jakoś nie nęci? „Bardzo ładne wiśnie, trzeba przyznać, dobry gatunek – donosi listownie Pulpecja swej siostrze Idzie – […] Szkoda, że Cię tu nie ma! W mojej kuchni znajdują się w tej chwili: Mama, Gabrysia i Natalia. Jest gorąco, ale nikt na to nie zwraca uwagi. Sześcioro rąk przygotowało dzisiejszy obiad: chłodnik z ogórkami, cytryną i koperkiem oraz cieniutkie naleśniki (zgadnij, kto jedyny takie potrafi usmażyć?) z twarożkiem i cynamonem. Wiśnie będą do tego jak znalazł. Ugotuje się też wielki gar kompotu, będzie dla Florka i Józka na budowę. (Wiesz, że Florek rozbudowuje stajnię?) Muszę o nich zadbać”. No więc wizja społeczeństwa opartego na tradycyjnym podziale ról (kobiety do garów, faceci na budowę, a kompocik jakimś cudem sam „się” ugotuje) jakoś nie bardzo mnie kręci – nie tylko zresztą dlatego, że jest pomysłem dawno już wyeksploatowanym. Ponadto niczego szczególnego (ani tym bardziej ciekawego czy rewelatorskiego) nie jestem w stanie dostrzec w rodzinie, która – wbrew wielokrotnie deklarowanej niechęci do konsumpcjonizmu – właściwie niczemu innemu się nie oddaje jak tylko jedzeniu (czasem wręcz opychaniu się) i przygotowywaniu tegoż. Owszem, słowo pisane Borejkowie również namiętnie pochłaniają, natomiast niezbyt aktywnie – poza epistolografią – oddają się jakiemukolwiek piśmiennictwu (kolejna sprawa, że innych sztuk również nie uprawiają). Jedynie Ignacy Grzegorz Stryba próbuje pisać coś swojego – póki co ma jednak do pracy twórczej dosyć banalną motywację: otóż marzy, by przy lekturze jego wierszy spłoniła się miła jego sercu dziewczyna!

Zawracanie przez Musierowicz kijem Warty nie wydaje się mi cokolwiek warte – fanów (fanek) z pewnością jej nie przysparza, a i wierne czytelniczki raczej odstrasza. Bo my, inaczej niż autorka i jej coraz to bardziej papierowe bohaterki, rzeczywiście jesteśmy kulturowymi córkami (dawnej) Mili Borejko oraz Gabrysi z „Kwiatu kalafiora”, „Pulpecji” i „Dziecka piątku”, nie wyobrażamy więc sobie świata, w którym sensem życia jest zdobycie dobrego męża, a droga do jego serca prowadzi przez żołądek. Niestety, Szanowna Autorko, minęła epoka kucharek.
Trwa ładowanie komentarzy...