Widziałam wiele mórz

…lądów zresztą też i od wczesnego dzieciństwa tęskniłam za pełnią – taki oto (auto)portret artystki-nomadki wyłania się z „Wyspy Łzy”, najnowszej książki Joanny Bator. Teoretycznie wszystko gra: podróże wszak kształcą, otwierają na inne i obce, a tęsknota za pełnią – czemu nie – może się zdarzyć nawet dziecku. Lecz przecież nie o przeżycie i doświadczenie w literaturze chodzi, ale o reprezentację tychże, a z tym u Bator krucho.

Weźmy na przykład takie zdanie: „Morze, jego ogrom i przepaścistość sprawiają, że mężczyźni wracają na chwilę do chłopięctwa, a kobiety po prostu czują się jak u siebie i nie muszą rzucać się w wodę jak szalone, wrzeszczeć, walczyć z falami” (221) – w książce tej aż roi się od tego typu przesądów (przesądów i przedobrzeń, przekombinowań i przelicytowań). Bator co rusz wylewa dziecko z kąpielą, jakby chciała tą książką-wstępniakiem (bo „Wyspa Łza” jest ledwie quasi-dziennikiem podróży na Sri Lankę, w trakcie której autorka obmyśla powieść „Rok królika” planowaną na 2016 rok) zakomunikować coś niemożliwego do wyrażenia w inny sposób. Ale czy książce, która jeszcze nie powstała, potrzebna jest książka-wstępniak albo książka-komentarz?



„Potęga opowieści”, twierdzi Bator, „jest ostatecznie wszystkim, co nam pozostaje. Jedyną realnością twardą jak kamień i wartą przechowywania” (259). Czyżby? Tak mało tej „realności twardej jak kamień i wartej przechowywania” widzi wokół siebie uważna i wyczulona na wszelakie „szczeliny” istnienia antropolożka? Szczerze mówiąc, jestem bardzo rozczarowana „Wyspą Łzą”, lecz nie dlatego, że nie zgadzam się z powyższym zdaniem autorki, ale właśnie dlatego, że się z nim w pełni zgadzam! Sama łasa jestem na fundamentalne opowieści i właśnie takich szukam na półkach w księgarni. Nagrodzona w 2013 roku Nagrodą Nike powieść „Ciemno, prawie noc”, choć jest książką nierówną, stanowi przynajmniej arcyciekawy kryminał! Tymczasem „Wyspa Łza” jest ledwie „składakiem” – zbiorem modnych teorii, przesądów, gagów, klisz oraz skrótów, jakimi posługują się współcześni humaniści (tu choćby przykład ze strony 236: „Goodbye, Orlando, enjoy your symptom”). Ponadto jest kolejną (lecz w tym wypadku niesłychanie nudną) opowieścią o tym, jak powstaje opowieść. Bator – owszem – udała się aż na Sri Lankę (czyli na tytułową Wyspę Łzę), by wyjaśnić losy niejakiej Sandy Valentine – kobiety, która wiele lat temu „znikła bez śladu” (to właśnie o niej i o jej „mrocznej siostrze” Annie Karr ma opowiadać „Rok królika”), lecz najważniejszą bohaterką swej opowieści uczyniła tym razem siebie samą – pisarkę-podróżniczkę, kobietę-noamdkę. Tylko czy opowiadanie o tym, że właśnie pisze się opowieść, jest opowieścią „wartą przechowania”, „realnością twardą jak kamień”? Owszem, bywa czymś takim, ale niezmiernie rzadko (i z całą pewnością nie tym razem), najczęściej jednak jest tylko śladem kryzysu twórczego pisarza oraz manifestacją rozmaitych problemów, zastrzeżeń i niemożności wiążących się z opowiadaniem opowieści „wartych przechowywania”.

„Prawda o mnie i dżungli jest prosta i przerażająca – pisze Bator – Ta splątana, ośmiornicza, wężowata, pulsująca magna syzgambów wieloszparkowych [gatunek cejlońskiej rośliny uznany w 1989 za wymarły – przyp. KSF] to Inna we mnie, która w tropikach uzewnętrzniła się w diabelskim akcie zapłodnienia i porodu” (216). Zawsze sądziłam, że pisarzem jest właśnie ten, kto potrafi z magmy, którą wszyscy nosimy w sobie, wysupłać sensowną wreszcie opowieść – stworzyć więc coś wspólnego, możliwego do zakomunikowania innym i zrozumienia przez innych. Bator też chyba tak uważa, a jednak w najnowszej książce postępuje wbrew sobie – miast próbować unaocznić niedostępne czy niewyrażalne, poprzestaje na relacjonowaniu własnego kryzysu twórczego: „Brama do świata duchów została otwarta i od tej pory szamanka będzie ją przekraczać, przenosząc wieści. To samo robi pisarka: zamyka oczy na to, co widzialne, przekracza granicę, gada z duchami. »Artyści są jak dzieci urodzone w niedzielę; tylko oni widzą duchy. Kiedy jednak powiedzą, co zobaczyli, spostrzega je każdy«. Szukałam przez ostatnie dni otwartego przejścia, szczeliny w rzeczywistości, ale na próżno przywoływałam duchy, które milczał na temat Sandry Valentine równie uparcie jak spotykani po drodze ludzie” (176). Większość podejmowanych w „Wyspie Łzie” działań to dreptanie w miejscu i oczekiwanie na znaki, z których pisarz winien wreszcie złożyć opowieść. Sęk w tym, że znaki te zjawiają się w oszałamiającej wręcz liczbie (napierają na autorkę i nieźle dają jej się we znaki), tymczasem żadna opowieść się z nich nie składa. Zostaje po niej ledwie powidok: napchana znakami, znaczeniami, symbolami, omamami, zwidami i przesądami narracja autobiograficzna, stanowiąca zresztą pokłosie pewnego egocentrycznego działania: „Po raz kolejny dociera do mnie, jak narcystyczną przyjemnością jest podróż, bo przecież człowiek wtedy zajmuje się głównie sobą – od wiecznego niepokoju, czy ma wszystko, co potrzebne, by utrzymać ciało w formie, bo o wiele trudniejszą obsługę duszy” (281).

No dobrze, wiemy już, czym jest „Wyspa Łza” (ucieczką przed rzeczywistością) i po co powstała (po to, by autorka mogła zaopiekować się własną duszą). Jakie jednakowoż pożytki możemy mieć my, czytelnicy, z tej narcystycznej książki? W podobnych przypadkach mówi się zwykle o „przyjemności tekstu” wypływającej z samego aktu lektury – nie taki to jednak przypadek, ponieważ ta ciągnąca się przez trzysta stron opowieść o opowieści, której jeszcze nie ma, jest przeraźliwie nudna, męcząca i nawet nie stanowi udanej reprezentacji językowej nudy tropików. Czym zatem (dla mnie) jest „Wyspa Łza”?

Może jeszcze jedna próbka: „Zobaczyłam wtedy, że starzec ma bielmo na lewym oku i włosy jak psia sierść, poczułam, jakby opuszczało mnie coś ciepłego i lepkiego, przybierającego kształt martwego kruka. Z taką oczywistością, jaka zdarza się w życiu nieczęsto, doświadczyłam czegoś w rodzaju wewnętrznego przesunięcia i wiedziałam, że puste miejsce po kruku, bolesne, jakby było wypalone, jest darem tego rodzaju, który wymaga odwagi i troski. To miejsce czeka na nowy tekst. Wpadłam pod podszewkę rzeczywistości i biada mi, jeśli będę próbowała udawać, że jest inaczej” (62). No więc – moim zdaniem – jest to po prostu kicz.

Joanna Bator, Wyspa Łza, fotografie Adam Golec, Wydawnictwo Znak, Kraków 2015, ss. 303.
Trwa ładowanie komentarzy...