O autorze
Jestem historyczką i krytyczką literatury oraz sztuk wizualnych. Napisałam książkę krytycznoliteracką, piszę kolejne książki krytycznoliterackie, choć najchętniej napisałabym powieść o Izabeli Łęckiej (to kiedyś). Wierzę w każdą możliwą jeszcze Panią Bovary i kilku innych ludzi. Poza tym – wierzę w magię słów, zdarzeń, rzeczy i wszystko to, co pozostaje współczesne (adekwatne swoim czasom, miejscom, zasobom). W jednej kwestii pozostaję (absolutnie) anachroniczna: może to wyniknie w tym blogu, którego pisać będę – jak to się niegdyś mówiło – „z zachwycenia”. Lubię wszelkie byty i zdarzenia zagęszczone, intensywne. Jednym słowem – lubię sztukę. Mam swoje miejsce (jest mi tu dobrze) i z niego właśnie będę pisać.

Papierowy księżyc z nieba spadł, skończył się video-film

fot. Magdalena Berus, Marta Nieradkiewicz
fot. Magdalena Berus, Marta Nieradkiewicz http://www.filmweb.pl/film/Szatan+kaza%C5%82+ta%C5%84czy%C4%87-2016-754595
"Galerianki" (2009) i "Baby Blues" (2012) sprawiły, że obrazy Katarzyny Rosłaniec przywykliśmy postrzegać jako narracje dziewczyńskie, nieco może nadwyraziste formalnie, lecz dzięki swej atrakcyjności wizualnej przyciągające do kin rzesze młodych ludzi. Głos pokolenia? Pojawiały się i takie opinie. W przypadku "Szatan kazał tańczyć" – filmu w całości utrzymanego w estetyce instagramowo-rockowej – z pewnością nie będzie inaczej. Sukces frekwencyjny tego – było nie było – kina niezależnego wydaje się kwestią przesądzoną.

Babcią głównej postaci z filmu "Szatan kazał tańczyć" jest niewątpliwie bohaterka "Śniadania u Tiffany’ego", matką – patologicznie podwójna postać z "Białej bluzki" (monodram Agnieszki Osieckiej z genialną kreacją Krystyny Jandy), siostrami zaś – dziewczyny z nowojorskiego serialu "Girls", który notabene zakończył właśnie emisję finałowego sezonu. Protagonistką jest 26-letnia Karolina, która odniosła właśnie ogromny sukces debiutancką powieścią wzorowaną na kultowej "Lolicie". Młoda pisarka upiera się, że jej opowieść czerpie z życia seksualnego jej siostry Matyldy, nie jest więc autobiografią. To bynajmniej nie znaczy, że Karolina nie posiada intensywnego życia towarzysko-erotycznego. Przeciwnie. Ma starszego od siebie chłopaka i spotyka się jednocześnie z doświadczonym artystą-fotografem. 54 dwuminutowe sceny z jej życia, które układają się w teledyskową narrację "Szatan kazał tańczyć", przypadają na okres, kiedy Karolina konsumuje sukces pierwszej książki, intensywnie myśli nad druga, a poza tym orientuje się, że jej pięć minut właśnie upływa, jeśli więc zaraz czegoś nie wymyśli… Poddana presji ze strony wydawców i otoczenia dziewczyna coraz bardziej pogrąża się w prokrastynacji, używkach, imprezach i seksie z mniej lub bardziej przypadkowymi osobami.



Karolina ma cechy typowej borderki, ponadto jest bulimiczką. Zachłannie wchłania w siebie jedzenie, ludzi, wrażenia. Akty konsumpcji są w jej przypadku częste, kompulsywne i kończą się zawsze wymiotami, totalnym kacem oraz ogólnym obrzydzeniem do siebie, życia, bliskich. Dziewczyna doznaje zasadniczo dwóch stanów: dojmującego braku i bezwzględnego przesytu. W jej zaburzonej osobowości oba stany nie tyle nawet przeplatają się co występują jednocześnie – permanentnie i nieustępliwie. Dziewczyna co rusz przepada we własnych słabościach, co sprawia, że paradoksalnie urasta na heroinę mediów społecznościowych.

No właśnie. Bo o ile w głównym nurcie nowoczesności podmiot nieodmiennie walczy o ekspozycję własnej siły i doskonałości (patrz: faszyzm, komunizm, kapitalizm), o tyle na marginesach nowoczesności dominuje tendencja do teatralizacji, wręcz estetyzacji tego, co słabe/niewinne/niewidzialne i nieme w przestrzeni publicznej/ niekojarzone dotąd z dyskursem siły (patrz: dyspersja pomiotu pononowoczesnego, zwrot ku Obecemu/Innemu/Wykluczonemu). Karolina podskórnie czuje, że jej atutem nie jest silna osobowość, nie idzie więc w uwznioślanie własnej osoby. Podświadomie wybiera staranne reżyserowanie własnych upadków, klęsk, niespełnień. Słusznie. Przy jej kompleksach i chorobach (poza zaburzeniami osobowości cierpi także na poważną wadę serca) to chyba jedyna sensowna droga. Tylko czy w tym wszystkim jest przekonująca? Zaangażowana przez Rosłaniec aktorka (Magdalena Berus) robi na planie, co może (obficie przy tym szafując własnymi wdziękami), ale i to chyba i tak nie wystarczy, by za pomocą 54 przypadkowo zestawionych scen zbudować wiarygodną postać.


Karolina pochodzi z dostatniego, podwarszawskiego domu. Ma wszystko, nawet ten power, dzięki któremu już pierwszą książką odniosła międzynarodowy sukces. Nie doświadcza szklanych sufitów czy zatrzaśniętych drzwi. Przeciwnie. Wszelkie wrota – rozwarte i zapraszające – czekają tylko, aż dziewczyna raczy je wreszcie przestąpić. Tymczasem ona stoli na wprost możliwości, które stały się jej udziałem, i z przerażeniem konstatuje, że nie wie, co z nimi zrobić. Gdyby była silną, nowoczesną postacią, usiadłaby do ciężkiej, mozolnej roboty, która z czasem przełożyłaby się na jej ugruntowaną pozycją i duże pieniądze. To jednak nie jest jej bajka. Karolina mówi o swojej bohaterce (swym alter ego, sobowtórze i własnej masce): „Jest poetką, projektantką mody, piosenkarką, wiedźmą, performerką. Chce stworzyć cały świat, ale tworzy tylko chaos wokół siebie”. Wszystko i nic. Praca? Ciężka praca? Przecież pierwsza książka sama się napisała… Nie chodzi w tym rzecz jasna o zwykle lenistwo, a tylko o paniczny strach, o rosnące z dnia na dzień niespełnienie i lecące na łeb na szyję poczucie własnej wartości. Karolina to jeden wielki symptom – to krzycząca niepewność siebie, to jestestwo przepadające we własnych słabościach, w multiplikujących się komplikacjach, w „małych śmierciach”, którymi się kompulsywnie karmi, przeżywając z mężczyznami niewiele więcej niż tylko występki oraz orgazmy.

Karolina to bardzo współczesna dziewczyna, która sama nie wie, co ma zrobić posiadanym talentem/czasem/ciałem. Robi więc sobie selfie: ogłada siebie „z gór”, w pomniejszającym jej postać kadrze. Wykonuje charakterystyczny „dziubek” eksponujący w twarzy to, co zbyt małe (usta), przy jednoczesnym wciągnięciu policzków, które przecież nie powinny być nigdy wydatne. Eksponując własne słabości, sama siebie ogałaca z tego, co mogłoby stać się jej siłą. Jest w tym patologicznie konsekwentna. I desperacka. Jakby rzeczywiście zaklęty w niej demom autodestrukcji sterował każdym jej krokiem. Jakby autodestrukcja była jedyną jej znaną strategią na zaistnienie w funkcji dysponenta reguł, podmiotu. Jakby nie umiała sobą zarządzać inaczej niż tylko poprzez permanentny kryzys.

Karolina nie musi się specjalnie emancypować, bo ten proces wykonała w przeszłości jej matką (Danuta Stenka, która w otwierającej film scenie, tańczy z córkami w rytm "Papierowego księżyca" Haliny Frąckowiak). Dziewczyna nie tylko nie korzysta z dostępnych warunków, ale wręcz trwoni je i rozmienia swą sytuację (a przy tym siebie samą) na drobne. Co nią powoduje? Co gnębi ją i zakleszcza? Czynnikami uwierającymi nie są wcale świat zewnętrzny, konwenans, ciasnota mentalna otoczenia, tylko nazbyt intensywna relacja z własną siostrą. Karolina czuje się przez nią prześladowana, naśladowana i tym samym uprzedmiotowiana. Czuje w związku z nią tzw. lęk przez wypływem – strach dojmujący i w przypadku podmiotów słabych (a zatem w jej sytuacji) nieusuwalny. Początkująca pisarka doskonale rozumie, że wszystkim, co ma do (o)powiedzenia, to historia jej własnego alter ego. To ją właśnie dobija. Jest zła na Matyldę, że siostra z premedytacją zagarnia przestrzenie oraz tematy, w których to Karolina powinna była sprawdzić się jako pierwsza.

Jeśli chodzi o kompozycję filmu to wyjątkiem w stosunku do dwuminutowych epizodów z życia Karoliny jest powracająca w kilku odsłonach narracja o Malinie i Jagodzie, a więc historia romantycznego sobowtóra, który, co wiemy z lekcji języka polskiego, prędzej zniszczy samego siebie niż zaakceptuje własną (nieoczywistą i jakże kłopotliwą) kondycję. Podwójność wpisana w los młodej pisarki staje się podstawowym symptomem jej zaburzeń, chorób, kompleksów. Karolina nie jest w stanie uwolnić się od… siebie samej. Co gorsza, nie ma żadnej kontroli nad sobą samą. Na tym właśnie polega jej problem. Nie jest to zatem film o wymiarze emancypacyjnym (nawiasem mówiąc, seksualność traktuje się tu nader konwencjonalnie i w gruncie rzeczy konserwatywnie), bo podstawową przeszkodą, jaką musi sforsować bohaterka, jest toczący ją pęd ku śmierci. To właśnie pod jego przemożnym wpływem znajduje się Karolina. To pod jego dyktando tańczy.

Karolina grzęźnie w chorobach, patologiach, zaburzeniach. Do tych, z którymi się urodziła, chętnie dorzuca kolejne. Sama to sobie robi. Nie mając wpływu na własne życie, chciałby kontrolować przynajmniej śmierć –wybrać dogodny jej moment, raz ją wyminąć, innym razem rzucić jej śmiałe wyzwanie.

Madame Bovary, szalone Karusie, opętane Rachele. Histeria, szaleństwo, erotyzm. Nadwyrazistość, naintensywność, eksces. Tak właśnie mężczyźni od zawsze przedstawiali kobiety niemieszczące się w granicach konwenansu czy normy społeczno-obyczajowej. Teraz robimy to same sobie: borderka, nimfetka, poetka. Instagramowa operetka. Czy dałoby się opowiedzieć „her story” inaczej niż tylko za pomocą języka przemocy, patologii i zachłannego konsumpcjonizmu?

"Szatan kazał tańczyć", reż. Katarzyna Rosłaniec, Kino Świat, premiera 5 maja 2017 roku
Trwa ładowanie komentarzy...