Historia nie z tego świata, czyli aborcja w filmie "24 tygodnie"

Do kin wszedł wczoraj niemiecki dramat „24 tygodnie” – film bardzo trudny w odbiorze, ale niezwykle ważny. I smutny. Zachęcam do pójścia do kina, choć nie ukrywam, że sama nie byłabym w stanie obejrzeć tego obrazu w sali pełnej ludzi.

Anne Zohra Berrached zrobiła mocny, ale odpowiedzialny film o tym, że prawo do usunięcia ciąży z powodu nieodwracalnych chorób dziecka nie jest wcale „przywilejem” kobiety, lecz ciążącą na niej odpowiedzialnością. Prawo takie to nic innego jak istniejąca w porządkach administracyjnym, instytucjonalnym i symbolicznym danej wspólnoty (w tym wypadku jest to społeczeństwo niemieckie) możliwość wyboru, która jednakowoż w konkretnej sytuacji niczego wcale nie zmienia na lepsze ani bynajmniej nie niweluje bólu, jaki wiąże się z ciążą, której nie sposób przyjąć tudzież donosić, ale przynajmniej przekłada się na wspierające kobietę w tych trudnych momentach procedury. Prawda jest bowiem taka, że prawo do aborcji nie powstało w odpowiedzi na kobiece kaprysy czy też zachcianki. Przeciwnie. Jest to nierzadko jedyna ewentualność w starciu ze ślepym losem i okrutnie niesprawiedliwą naturą.





Bohaterką „24 tygodni” jest Astrid (Julia Jentsch) – zawodowa stand uperka, matka wspaniałej Nele i partnerka życiowa Markusa (Bjarne Mädel). Markus jest ojcem Nele i menadżerem Astrid. Rodzina żyje więc i pracuje razem, a teraz jeszcze spodziewa się drugiego dziecka. Kiedy Astrid jest w czwartym miesiącu, okazuje się, że dziecko ma zespół Downa. Lekarka, która zawiadamia parę o tej okoliczności, dodaje, że ich dziecko to chłopczyk, a w kolejnych sekundach wypowiada zdanie, którego nigdy nie usłyszy żadna kobieta w Polsce: „W Niemczech istnieje możliwość dokonania późnej aborcji. Teoretycznie do końca ciąży”. Astrid reaguje na wszystkie te informacje absurdalnym pomysłem – zróbmy naleśnikową imprezę. Nie wyssała sobie tego z palca. Paplanie asystentek medycznych o przepisie na naleśniki było ostatnim, co zarejestrowała, nim jej świat runął ze szczętem.

W pierwszej chwili Astrid oskarża samą siebie – może to wszystko przez to, że zapaliła papierosa na urodzinach koleżanki… Markus nie chce jednak, by matka jego dziecka czuła się winna, przypomina jej więc natychmiast, że używki nie mają najmniejszego wpływu na liczbę chromosomów. Zapewnia ją też, że nic się między nimi nie zmieni. Są i będą razem. Blisko.

W kolejnych scenach rodzina na wszelkie możliwe sposobny próbuje oswoić się z nową sytuacją. Markus i Astrid rozmawiają o rozmaitych problemach, które staną się teraz ich codziennością. Zastanawiają się, jak będzie wyglądało ich dziecko, jak będzie się zachowywało, jakie napotka trudności. Zabierają Nele na spotkanie z ludźmi z zespołem Downa i przygotowaną w ten sposób córeczkę uświadamiają, że taki właśnie będzie jej brat. „Naprawdę niezwykły” – mówią. „Tak już jest” – pocieszają. Poza tym starają się żyć w miarę normalnie. Cieszą się sobą. Kochają. Spędzają czas po swojemu. Wybierają dziecku „jasne i wyraźne” imię, bo, zdaniem Markusa, tak właśnie ono chciałoby się nazywać. Ogłaszają przybyłym na urodziny Markusa bliskim, że urodzi się im dziecko z zespołem Downa. Goście reagują bardzo różnie – komuś wymsknie się „o, kurwa”, ktoś inny wyskoczy z gratulacjami. Nie ma niestety słów, które w takiej sytuacji mogłyby przyjść z pomocą. Każde okazuje się nieadekwatne. Po minie Astrid widać rozczarowanie – chyba nie tego się spodziewała. Zapada krępujące milczenie, ale chwilę później rodzina ratuje się wygrzebaną ze wspomnień opowieścią o obarczonym zespołem Downa koledze Markusa z dzieciństwa. Ponoć był on samorodnym talentem matematycznym. Atmosfera rozluźnia się, padają pytania o przyszłość. „Z wszystkim sobie nie poradzimy. Ale chcemy…” – deklaruje ciężarna.

Pierwsza odpada opiekunka starszego dziecka. Uważa tę sytuację za „okropną”. „Słodka mała blond faszystka?” – nie wytrzymuje Astrid. Kręcąca się niedaleko Nele staje po stronie opiekunki. Dziewczynka też już wcale nie chce „tej kaleki”.

To jedno popołudnie mówi Astrid i Markusowi wiele o tym, co ich czeka w przyszłości. Instytucje powołane do tego, żeby pomagać, będą bezradne, niechętne, przeciążone. Bliscy poczują się skrępowani i zwolna znikną z ich – dotąd idealnego – życia. Nele zaś zbuntuje się, bo przecież to jej dzieciństwo gwałtownie skończy się wraz z narodzinami wymagającego stałej opieki brata.

Niedługo potem przychodzi kolejny cios – dziecko ma bardzo poważną wadę serca. Koniecznie będą operację. Pierwsza zaraz po urodzeniu. Załamani rodzice patrzą na zachodzące słońcem.

Markus i Astrid chodzą na spotkania z lekarzami i próbują zrozumieć chorobę ich dziecka. Lekarze są zniecierpliwieni. Woleliby większą pasywność z ich strony. Próbują im wytłumaczyć, że jako rodzice nic już nie mogą. Nie ma lekarstw ani procedur. Natura zrobi swoje – i tyle. Proszą ich jednak, by nie kwestionowali już raz podjętej decyzji o urodzeniu dziecka z zespołem Downa. Los malucha po porodzie kwitują komunikatem: „To tylko kwestia losowa. Wyłącznie losowa”.

Od tego momentu para przestaje mówić jednym głosem. Markus podąża za lekarzami – niczego nie kwestionuje, cierpliwie czeka, natomiast Astrid nie umie pozostać bierna. Bezradność przerasta ją, załamuje. Komiczka zaczyna rozglądać się za innymi rozwiązaniami. Właściwie ma tylko jedno – nie zdradzę jednak, czy się na nie zdecyduje.

To jest uczciwy film, który nie twierdzi, że problem jest w słowach i ich definicji. Nie dzieli więc życia płodowego na okres „zygoty”, „płodu” i „dziecka”. O dwudziestoczterotygodniowym życiu mówi się tutaj wprost – „dziecko”. Mówi się także, że w przypadku późnej aborcji dziecko dostanie zastrzyk w serce i wtedy umrze. Jeśli mam być szczera, nie znałam dotąd pojęcia „późnej aborcji” i procedur z nią związanych. Dla nas – dla Polek, które osiągnęły dojrzałość płciową po uchwaleniu tzw. kompromisu w sprawie aborcji – temat ten nigdy przecież nie istniał.

To jest film uczciwy także i z tego powodu, że stawia sprawę jasno: w społeczeństwie niemieckim wyłącznie kobieta ma prawo decydować o przerwaniu lub donoszeniu ciąży i to nie jest wcale jej przywilej czy kaprys, lecz bardzo trudny do spełnienia obowiązek, którego nikt ani nic z jej nie zdejmie. Od tego wyborów zależy bowiem los jej samej oraz jej najbliższych. To ją niesprawiedliwa natura i ślepy los zmuszają do podjęcia przekraczających ludzkie pojęcie decyzji. I nikt jej w tym nie wyręczy.

Film Berrached nie sugeruje, że świat, w którym decyzja spada na kobiety, jest światem idealnym. Nie jest takim ani dla dzieci, które się nie narodzą, ani dla matek, które do końca życia będą mierzyć się ze skutkami własnych decyzji, ani dla ojców zmuszonych uszanować każdy wybór kobiety, ani dla społeczeństwa, które także musi jako zareagować na rozgrywające się w jego łonie dramaty. Nie jest to więc świat idealny, lecz w obliczu rzeczywistości podporządkowanej ślepemu losowi i bezwzględnej naturze jest to być może świat najlepszy z możliwych. Z pewnością jest to świat lepszy niż ten, w którym decyzję za kobietę podejmują politycy, lekarze czy, nie daj boże, duchowni.

Podejrzewam, że film ten wywoła w polskim widzu niemałą konsternację. Prawo kobiety do późnej aborcji? To w Polsce science fiction. W naszym kraju o kobietach, które walczą o prawo do aborcji w pierwszym trymestrze ciąży (żadna z nich nawet nie wspomina o prawie do późnej aborcji – ten aspekt jest u nas nieprzekraczalnym tabu), mówi się „morderczynie”, „czarownice” i dużo ostrzej. Polki nie posiadają praw, które z kolei Astrid traktuje jako coś absolutnie niezbywalnego i odwiecznego. Instytucje publiczne, z którymi ona się styka, co rusz przypominają jej, że to ona – wyłącznie ona – może decydować o donoszeniu albo przerwaniu ciąży. Urzędnicy zapewniają, że uszanują każdą jej decyzję. Rzecz nad Wisłą absolutnie nie do pomyślenia. Kiedyś sądziłam, że napisanie prawa, które instytucjonalnie, administracyjnie, kulturowo i symbolicznie upodmiotowiłoby wreszcie kobiety, jest tylko kwestią czasu. Liberalni politycy obiecywali – wpierw stadiony, autostrady, PKB, a zaraz potem prawa kobiet. Jest dokładnie odwrotnie. Im więcej mamy stadionów, muzeów oraz dróg ekspresowych, tym częściej kwestionuje się prawo kobiety do decydowania o przerwaniu lub donoszeniu ciąży. Nawet takiej, która bezpośrednio zagraża jej zdrowiu lub życiu tudzież jest skutkiem gwałtu.

„24 tygodnie” to film o rzeczywistości, której nie znamy z autopsji. Owszem, to film o świecie pełnym bólu i trudnych wyborów, ale to także film o świecie, w którym kobieta nawet w przekraczającym ludzkie pojęcie cierpieniu ma szansę zachować godność. W odróżnieniu bowiem od ślepego losu i bezwzględnej natury aspekty rzeczywistości, które tworzą ludzie (a więc instytucje i prawo), pozostają od początku do końca po jej stronie.


„24 tygodnie”, reż. Anne Zohra Berrached, Aurora, premiera 19 maja 2017 roku.
Trwa ładowanie komentarzy...