O autorze
Jestem historyczką i krytyczką literatury oraz sztuk wizualnych. Napisałam książkę krytycznoliteracką, piszę kolejne książki krytycznoliterackie, choć najchętniej napisałabym powieść o Izabeli Łęckiej (to kiedyś). Wierzę w każdą możliwą jeszcze Panią Bovary i kilku innych ludzi. Poza tym – wierzę w magię słów, zdarzeń, rzeczy i wszystko to, co pozostaje współczesne (adekwatne swoim czasom, miejscom, zasobom). W jednej kwestii pozostaję (absolutnie) anachroniczna: może to wyniknie w tym blogu, którego pisać będę – jak to się niegdyś mówiło – „z zachwycenia”. Lubię wszelkie byty i zdarzenia zagęszczone, intensywne. Jednym słowem – lubię sztukę. Mam swoje miejsce (jest mi tu dobrze) i z niego właśnie będę pisać.

Podglądactwo (pierwsza połowa stycznia 2018 roku w kulturze)

Wspólnym mianownikiem najciekawszych, moim zdaniem, wydarzeń kulturalnych pierwszej połowy stycznia są z komizm oraz wątki obyczajowe, a zatem podglądactwo, ale z dystansem i autoironią.

"Kram z piosenkami" (reż. Cezary Tomaszewski, premiera 30 grudnia 2017 roku w Teatrze Powszechnym w Warszawie) – widowisko śpiewno-muzyczne Leona Schillera. Jak wiadomo, kultura pierwszej połowy XX wieku znacząco różni się od kultury drugiej połowy XX wieku. I podział ten dotyczy zarówno tzw. kultury wysokiej (sztuki), jak i tzw. kultury niskiej (rozrywki). Cezurą w polskiej kulturze były koniec drugiej wojny światowej oraz socrealizm, który wprowadzono w 1949 roku, a w latach 1954–1955 zaczęto coraz powszechniej krytykować. W 1945 roku Leon Schiller wystawił w Teatrze Ludowym im. Wojciecha Bogusławskiego w Lingen pieśni powszechnie śpiewane jeszcze w pierwszej połowie XX wieku – piosenki, których był wielkim miłośnikiem i które wcześniej zebrał w autorski śpiewnik (znajdowały się w nim m. in. mazury, piosenki nawiązujące do parafiańszczyzny, czasów Księstwa Warszawskiego i Młodej Polski). Jego gest miał wówczas niemałą siłę – kulturową, społeczną, polityczną. "Kram z piosenkami" (re)kreował na scenie świat, który bezsprzecznie minął. Tuż przed wprowadzeniem socrealizmu Schiller wystawił jeszcze "Kram..." w Teatrze Wojska Polskiego w Łodzi – kolejna realizacja (reżyserowana już nie przez autora) miała miejsce dopiero w 1954 roku, w Teatrze Polskiego Radia. Twórcy Teatru Powszechnego przypominają ten spektakl, wierzą bowiem, że i współcześnie piosenki te „pod warstwą ludyczności i humoru kryją historyczne i erotyczne tropy”. Tych drugich – erotycznych – jest rzeczywiście aż nadto. Są także tropy autotematyczne, bo niestety od jakiegoś czasu ekipa Powszechnego każdym spektaklem komentuje własną sytuację – byłoby to zrozumiałe, gdyby instytucja ta znajdowała się w takiej sytuacji, w jakiej postawiono na przykład wrocławski Teatr Polski. Jest jednakowoż inaczej – póki co, Powszechny wystawia co chce i jak chce (nawet kontrowersyjną "Klątwę").
Przykrą sprawą są także interakcje z publicznością – niepotrzebne, w dodatku czuć, że i tak "ustawiane". Jeśli ktoś jednak lubi spektakle muzyczne, koniecznie powinien się wybrać: pieśni są frapujące, a aktorzy (zwłaszcza Anna Ilczuk i Andrzej Kłak) – komiczni i zaangażowani. Zabrakło (tylko i aż) dobrego scenariusza, który usankcjonowałby brawurowo wykonane numery – ten, który jest (autorstwa poetki Aldony Kopkiewicz), nie pomoże widzowi w odpowiedzi na pytanie, „o czym” właściwie jest to przedstawienie.
http://www.powszechny.com/spektakle/kram-z-piosenkami,s1412.html



"Gra o wszystko" (reż. Aaron Sorkin, polska premiera 5 stycznia 2018 roku) – film o młodej kobiecie, która „Męski świat miała u stóp” – niejakiej Molly Bloom (w roli tej Jessica Chastain), postaci wcale niefikcyjnej. Promujące film hasło sugeruje opowieść o silnej kobiecie, która wchodzi w męski świat i zaczyna meblować go po swojemu. Czyżby? Jakim konkretnie wycinkiem rzeczywistości zarządza Molly Bloom? Wpierw bryluje w narciarstwie, a po kontuzjach, które kończą jej sportową karierę – tworzy pokerowe imperium. Jednak bez względu na to, co robi, zawsze przyświeca jej zaszczepiona przez ojca (dość bezwzględnego człowieka sukcesu – zgrabna rola Kevina Costnera) konieczność bycia najlepszą, wybitną, ponadprzeciętną. Krótko mówiąc, Molly z łatwością staje się leaderką kolejnych środowisk (od sportowych po mafijne), ale w żadnym momencie życia nie potrafi konfrontować się z narzuconą jej przez ojca narracją o byciu (zawsze) the best. Molly bezwiednie i absolutnie bezkrytycznie realizuje amerykański mit sukcesu, żerując na chorobach oraz słabościach innych (na ich nałogach, kompulsjach oraz skłonnościach autodestrukcyjnych), lecz jednocześnie kreuje się na jedyną etyczną oraz lojalną postać w pokerowym półświatku. Tymczasem dla mnie bohaterka wyreżyserowanego przez Sorkina obrazu to kobieta ze wszech miar zepsuta – zlepiona z arcymęskich mitów i fantazmatów. Kolejna bohaterka li tylko markująca postawę emancypacyjną. W rzeczywistości bowiem Molly jest zakładniczką własnych kompleksów. Zależy jej przede wszystkim na podziwie ze strony innych i wymiernym (a zatem finansowym) sukcesie. To nie ona „ma świat u swych stóp” – to bezwzględny i pełen przemocy świat mężczyzn wchłania ją, a potem przekabaca na własną modłę. Nic światu po takiej bohaterce – po kolejnej postaci, która, owszem, zgarnia miliony, ale nie umie ich posiąść w legalny sposób i nie jest nawet w stanie przyjemnie ich spożytkować – więcej, bardzo szybko staje się ich zakładniczką. Molly Bloom nie ma dobrego pomysłu na siebie sobie. Bo przecież idea, by być we wszystkim pierwszą, zawsze i wszędzie najlepszą – to koncept cokolwiek nieoryginalny.
http://www.filmweb.pl/video/zwiastun/nr+3+polski-44845

"Party" (reż. Sally Potter, polska premiera 5 stycznia 2018 roku) – brytyjska komedia kameralna, przesycona wątkami obyczajowymi oraz politycznymi (tytułowe „party” to nie tylko „przyjęcie”, ale i „partia”). Przy okazji berlińskiej premiery reżyserka przyznała, że film ten zrodził w niej „strach przed ostateczną śmiercią prawdy w zachodnich demokracjach”. I choć zachodni politycy mało czego boją się tak bardzo jak ulicznych protestów, to jednak Potter nie deleguje wcale swoich bohaterów w przestrzeń publiczna. Przeciwnie. Zamyka ich w eleganckim domu – mają tu świętować nominację gospodyni na urząd ministra zdrowia w lewicowym gabinecie cieni, w rzeczywistości jednak piorą własne brudy, odsłaniając swoje drugie – podszyte lękami, niepewnością i wielką hipokryzją – oblicze. W filmie Potter ani razu nie padają żadne hasła czy postulaty, nawet słowo „brexit” jest nieobecne – nie jest to bowiem film angażujący się w konkretną sprawę polityczną. Właściwym tematem jest kondycja zachodnich elit, konkretnie zaś rozdźwięk między tym, w co się wierzy i co się deklaruje, a tym, jak się, koniec końców, postępuje. Problemem nie jest więc to, że ludzie maja odmienne poglądy – demokracja przewiduje w tej sprawie pluralizm. Problemem dojrzałych demokracji jest to, że poszczególne jednostki (tak ci, co wybierają, jak i ci, co zostają wybrani) wcale nie żyją w myśl deklarowanych poglądów. Czarno-biały film Potter ogląda się fantastycznie – występujące w nim gwiazdy (Patricia Clarkson, Bruno Ganz, Kristin Scott Thomas, Timothy Spall czy Cillian Murphy) zadbały o to, abym ani przez chwilę nie przestała fascynować się każdym ich słowem i gestem. I to chyba tyle (niestety). Bo film Potter nie wychodzi poza językowe klisze oraz schematy charakterystyczne dla obrazów z cyklu „nieudane przyjęcie”. Nie jest to w każdym razie osiągnięcie na miarę "Anioła zagłady" Luisa Buñuela (1962). A szkoda.
http://www.filmweb.pl/video/zwiastun/nr+1+polski-44604

"I tak cię kocham" (reż. Michael Showalter, polska premiera 5 stycznia 2018 roku) – fantastyczna amerykańska komedia romantyczna. Historia miłosna Kumailego (Kumail Nanjiani) i Emily (Zoe Kazan) pełna jest nie tylko wątków komicznych i melodramatycznych, ale także kulturowych, społecznych i wreszcie – politycznych. Rodzice przywieźli Kumaila do Ameryki, kiedy był małym chłopcem, chcieli bowiem dla niego lepszego życia. Konkretnie zaś – pragnęli ułatwić mu edukację i życie zawodowe. Bo jeśli chodzi o sprawy obyczajowo-rodzinno-religijne (o bycie wpierw synem, potem mężem i ojcem oraz, rzecz jasna, religijnym muzułmaninem), założyli, że wszystko będzie „po staremu”: Kumail ożeni się z porządną Pakistanką, którą oni mu znajdą, i będzie z nią bardzo szczęśliwy. Nietrudno zgadnąć, że Kumail chce żyć po amerykańsku nie tylko w przestrzeni publicznej, lecz również w życiu prywatnym – tym bardziej że jego pasją i drugim z wykonywanych zawodów jest stand-up. W trakcie jednego ze swoich występów poznaje blondwłosą Emily – nieufną wobec facetów studentkę, dziewczynę pochodzącą, jak się zaraz okaże, z otwartej, liberalnej rodziny. Kumail i Emily zakochują się w sobie – bajka kończy się jednak szybko, a konkretnie w momencie, kiedy Emily odkrywa, że Kumail nawet nie próbuje sprzeciwić się swatom podejmowanym każdej niedzieli przez matkę. Owszem, Kumail jest irytująco bierny, ale ma na to, jaki jest, całkiem dobre usprawiedliwienie – tym bowiem, z czym przyszło mu się na co dzień borykać, jest nie tylko zdeterminowana matka, ale także wielowiekowa tradycja. "I tak cię kocham" to przede wszystkim historia w fascynujący sposób opowiedziana – w filmie pada nie tylko najlepszy żart o 11 września, ale i mnóstwo kwestii podszytych rozbrajającą bezradnością, jaka cechuje współcześnie społeczeństwo amerykańskie – tę wielokulturową wspólnotę od zawsze podzieloną na „lepszych” i „gorszych” emigrantów (ci „lepsi” nazywają siebie samych „prawdziwymi” Amerykanami). Jest to najśmieszniejsza, najbardziej wzruszająca i najmądrzejsza propozycja okołowalentynkowa w tym sezonie. Pójść? Koniecznie, lecz nie we dwoje, tylko z całą rodziną. Zaprosić mamę, dziadka, ciocię – tych, którzy nie umieją pogodzić się z naszymi wyborami. Bo film Showaltera jest przede wszystkim o tym, jak opresyjni i nietolerancyjni bywają ci, którzy nas najbardziej kochają. Przecież nie tylko w rodzinach muzułmańskich między dziećmi a rodzicami stoi wielowiekowa tradycja – w polskich rodzinach również tak bywa.
http://www.filmweb.pl/video/zwiastun/nr+1+polski-44161

"Ości" (reż. Pawła Miśkiewicza, premiera 12 stycznia 2018 roku w Teatr Soho w Warszawie) – spektakl oparty na powieści "Ości" Ignacego Karpowicza z 2013 roku. Dość przypomnieć, że tytułowe „ości” to resztki po kośćcu, którym od zawsze była rodzina. Współcześnie, podpowiadają Karpowicz z Miśkiewiczem, z tzw. tradycyjnej rodziny postały już skomplikowane relacje społeczno-emocjonalno-erotyczne. Rzecz jasna, narracja ta stanowi wypadkową życia warszawskiej inteligencji – nijak się ma do tzw. większości, ale nie z tego względu wystawiona na scenie powieść, koniec końców, mało mnie przekonuje. Bardziej uwiera mnie fakt, że międzyludzkie relacje w "Ościach" są zupełnie odrealnione – i nie mam na myśli wcale tego, że jeden z bohaterów, niejaki Norbert (bardzo przyzwoita rola Marcina Kowalczyka), pozostając homofobem, rasistą i mizoginem, żyje w związku z Azjatą, który zresztą ma żonę i nocami przeobraża się w drag queen, a równolegle romansuje ze starszą kobietą, wpływową lewicową socjolożką – Ninel (kapitalna rola Iwony Bielskiej). Odrealnienie, jakiem mam na myśli, polega na tym, że ludzie ci – tak bardzo uwikłani we wzajemnej relacje – nie pozostają w gruncie rzeczy w żadnych zależnościach. Tymczasem, moim zdaniem, życie w związkach (monogamicznych i otwartych, heteronormatywnych i nieheteronormatywnych, małżeńskich i partnerskich, konserwatywnych i liberalnych) jest takie trudne, bo prędzej czy później w to, co miało być wspólnotą, wkrada się całe mnóstwo zależności, nierzadko bardzo krzywdzących dla jednej ze stron, nierzadką jedną ze stron wręcz zniewalających. Tu tego nie ma – Maja (miejscami ciut szarżująca Roma Gąsiorowska) ma dziecko i nie ma pracy, ale nie potrzebuje troszczyć się o pieniądze. Może przez cały czas zajmować się swoim arcyzajmującym „ja”. Identycznie rzecz ma się z pozostałymi uczestnikami dramatu – prezentowana tu klasa średnia raczej nie zajmuje się pracą, choć czasem o niej rozprawia. Śmieszne to trochę, tym bardziej że pierwowzory postaci powieściowych (bo jest to przecież powieść w dużej mierze środowiskowa) tak dalece uwikłały się w rozmaite zależności środowiskowo-finansowe, że w kilkanaście miesięcy po publikacji książki zrobił się z tego wszystkiego ogromny skandal! Skandal, przez który "Ości" przepadły ostatecznie w finale Literackiej Nagrody Nike.
Co ciekawe, mimo tego, że świat ten jest tak dalece wyprany z zabójczych dla tzw. tradycyjnych związków (i tradycyjnych rodzin) zależności ekonomicznych, to jednak szczęścia oraz spełniania w nim – jak na lekarstwo. Poza tym ów skomplikowany patchwork jest dość odpychający, ponieważ tworzą go: jedna starszawa pani, kilku mężczyzn w wieku od 20 do 40 lat, jedna kobieta (czwarta dekada życia) i jeden chłopczyk. Wychodzi na to, że kreowany w powieści oraz na scenie świat jest domeną mężczyzn w wieku produkcyjnym. Nihil novi sub solem – od zawsze był właśnie taki. Na czym na więc polegać ta rewolucja społeczna? Na tym, że współczesna rodzina bez trudu wchłonie i zasymiluje dowolną ilość kochanków biseksualnego męża i ojca? Jeśli tak, to ja bardzo dziękuję. Dla mnie to żaden postęp. Mimo wszystkich zastrzeżeń, polecam ten spektakl – warto się bowiem zmierzyć z prezentowanymi w nim postawami, bo kryzys tradycyjnej rodziny i tak jest faktem, choć nie zawsze bywa on aż tak wielkomiejski i aż tak spektakularny.
http://teatrsoho.pl/

Druga połowa stycznia zapowiada się także ciekawie. Przykładowo, 17 stycznia premierę będzie miała najnowsza powieść Agnieszki Wolny-Hamkało. Zapraszam.
Trwa ładowanie komentarzy...