Galeria górą, czyli powrót Artura Żmijewskiego

(Artur Żmijewski, CSW Warszawa, do 24 lutego 2013)

Karolina Felberg. Obejrzeliśmy retrospektywną wystawę Artura Żmijewskiego w warszawskim Centrum Sztuki Współczesnej. Nie było to łatwe, gdyż składa się na nią kilkadziesiąt video, z czego każde z nich wymaga czasu… Jakoś się jednak udało, więc rodzą się teraz pytania: co wiemy, czego nadal nie wiemy?
Antoni Burzyński (kurator, Fundacja Sztuki Współczesnej "In Situ"). Wiem, że Artur Żmijewski jest klasycznym artystą polskim.
KF. Tak.
AB. Zmuzealnienie.
KF. Tak. Żmijewski wrócił z ulicy do galerii, to niewątpliwe. Świadczy o tym choćby sposób wystawienia tych dzieł: bez podpisów, z centralnie umiejscowioną Mszą (2011) i podług porządku polityka-społeczeństwo-(puste miejsce po)sacrum-społeczeństwo-polityka, który można czytać na wiele różnych sposobów, np. jeszcze tak: wykluczający-wykluczeni-wykluczone-wykluczeni-wykluczający itd. Innymi słowy, porządek, relacja, kompozycja, silnie obecna struktura, hierarchizacja, wreszcie, estetyzacja w miejsce żywiołu, buntu, chaosu, z którymi kojarzyliśmy ostatnie działania Żmijewskiego…
AB. To takie naszycie pagonów. Żmijewski to już jest generał!
KF. Z całą pewnością. Nawiasem mówiąc, to już poniekąd oczywistość, że żywiołem Żmijewskiego jest ulica, miasto, tłum, demos, wojna, sfera publiczna. Mnie jednak najbardziej podobało się to, w jaki sposób on wraca nie tyle „z ulicy”, ale „z ulicą” do galerii. Największe wrażenie zrobiła na mnie instalacja Demokracje (2009-2012), składająca się z serii filmów dokumentujących różnorakie demonstracje polityczne, wiece, parady, zamieszki uliczne (rzeczywiste, tudzież będące rekonstrukcjami wydarzeń historycznych), manifestacje i kontrmanifestacje. Każdy z filmików to silny głos, inna optyka i opcja polityczna, ale – co ciekawe – na wystawie Żmijewskiego poszczególne głosy i racje wcale się nie znoszą, nie niwelują. Przeciwnie, wystawione w jednej przestrzeni potężnieją i nabierają kolejnych znaczeń. Nadal nie wiemy, kto ma rację, ale przynajmniej rozumiemy, iż rzeczywistość jest jak orkiestra: owszem, trąbka czasem zadudni, ale potem przychodzi moment na pierwsze skrzypce. Innymi słowy, ten apokaliptyczny, kakofoniczny, chaotyczny chór okazuje się wydarzeniem pięknym, a nawet wzniosłym, złożonym z racji, praw i argumentów, owszem, nierzadko sprzecznych, ale także równoważnych i w tym sensie bezdyskusyjnych. Taki jest współczesny świat i wszelka interwencja, po pierwsze, niczego nie zmienia, po drugie, pogłębia właśnie taki jego obraz. To jest nasza nowoczesność. Inna nie będzie. I to jest też fatalna, choć piękna klęska nowoczesność, która z definicji jest ruchem nieskończonym, a więc ślepym, nigdy się niekończącym, nieprowadzącym donikąd. Co nam zostaje? Ruch, zapis, wynikająca z różnorakich działań i aktywności nadwyżka energetyczna – czysta energia sztuki, która – paradoksalnie – po raz kolejny demaskuje iluzoryczność wszelkich awangard! Nic dziwnego, że czasem musi nastąpić odwrót i powrót do instytucji sztuki: do galerii. Mam wrażenie, że tak właśnie się stało na wystawie Artura Żmijewskiego w warszawskim Centrum Sztuki Współczesnej.
AB. Zgadzam się. Choć w pierwszej chwili, kiedy wszedłem do tej sali, miałem wrażenie, że te prace tracą właśnie z tego powodu, że są pokazywane razem. Wydawało mi się, że pokazywane osobno, w izolacji, byłby mocniejsze, bardziej krytyczne. Z drugiej jednak strony, dopiero taka instalacja pokazuje istotę współczesnej rzeczywistości. To, że cały świat dzisiaj skacze, demonstruje, domaga się, walczy na słowa, transparenty, cegły, kamienie. Stoisz pośrodku tych wszystkich racji i tracisz głowę. Otacza cię chaos tych wszystkich konfliktów. Dookoła, wszędzie ktoś skacze, skanduje, krzyczy, niesie jakieś flagi albo je pali. Zaczynasz się zastanawiać – O co chodzi z tym światem?! I to jest chyba niezła pointa całego cyklu Demokracji.
KF. Pozostaje siła rażenia. I mam wrażenie, że nic więcej, co widać szczególnie wyraźnie w Pracach wybranych (2006-2012) i Moich sąsiadach (2009), które, pokazując nagą realność świata i życia, nie potrafią tego życia ocalić, zbawić. Słowem, obnażają je i pozostawią takim… śmiesznym nawet. Argumenty Izraelczyków z Moich sąsiadów są nie do obrony, to kpina. Zaś bohaterzy Prac wybranych wzbudzają litość, ale nie podziw. Te prace jeszcze bardziej nas, widzów, od nich dystansują.
AB. Moi sąsiedzi są tak obciążone wybiórczością tego spojrzenia, że w końcu tracą walor dokumentu. A wygląda na to, że „realistyczność” jest kluczowym elementem konstruującym wiarygodność prac Żmijewskiego. Tutaj nie tylko prace, ale i materiał są wybrane. Zaczyna to bardziej przypominać nieudaną próbę spojrzenia socjologicznego – czytelnie nieobiektywną.
KF. Tak, tu Żmijewski zupełnie nie umiał chwycić rzeczywistości za nogi. A kontekst galerii wyostrza i wykrzywia sprawę jeszcze bardziej. To niemalże satyra…
AB. Ale wytracając ten kontekst pozaartystyczny, tym wyraźniej wraca na pole czysto artystyczne. Z drugiej strony, to dobrze, że Prace wybrane tak się zapętlają. To ładne podkreślenie, że powtarzalne, schematyczne życie tzw. szarego człowieka obraca się być może w końcu w pustkę, pętlę. A pokazanie czegoś takiego w serii przydaje dodatkowej, niesamowitej siły. Żmijewski zresztą wykorzystuje machinę sztuki i mediów, by mówić o sprawach ważnych, społecznych. Jest krytyczny, ale bywa też dość okrutny wobec swoich bohaterów. Raczej nie poetyzuje. Robotnicy z Prac wybranych nie idą wieczorem, po dniu ciężkiej pracy, nad morze – popatrzeć sobie na zachód słońca i podumać. On tego tak nie pokazuje. Nie mami, że tam też może być jakaś poezja. Szkoda tylko, że nie pokazał życia tym razem nie prostych ludzi, robotników, ale publiczności wernisażowej – tzw. intelektualistów, ludzi kultury, które może być równie bezsensowne, choć wcale nie jest schematyczne, powtarzalne i zapętlone wokół pracy, jaką trzeba po prostu wykonać… Tego mi trochę brakuje. Jego spojrzenie pada tam, gdzie temat leży i wdzięczy się: gotowy, już jakby zrobiony. To trochę zbyt kompletne, zbyt kompletny i spójny obraz. I nawet nie chodzi mi tu o łatwiznę, z jaką wydobywa się rutynę i bezsens z życia kasjerki w Realu, ale przede wszystkim o to, że Żmijewski takim gestem także wyklucza, stygmatyzuje, oddziela jednych ludzi od innych. Tak się po prostu dzieje, choć to zapewne nie jest jego intencją.
KF. Tak, ci ludzie w galerii stają się jeszcze bardziej egzotyczni – niczym eksponat w muzeum. To goni w piętkę i nic nie zmienia. To w żadnym razie nie jest interwencja.
AB. Żmijewski na swoim autorskim Biennale w Berlinie chciał realnie wpływać – to się czuło (np. w akcjach związanych z Białorusią). To było zresztą powiedziane wprost. Wydaje się, że Biennale stało się/miało być okazją do pełnej realizacji instrumentalizacji pozycji artysty, którą postulował w Stosowanych sztukach społecznych.
KF. Upieram się, że on wraca wystawą w CSW z biennale do galerii, w ścisły obieg sztuki.
AB. Swoją drogą, on wraca też tą wystawą do Polski. Kiedyś był młodym, gniewnym, krytycznym i kontrowersyjnym artystą, potem był światowej sławy artystą z autorskim biennale (ocenianym zresztą bardzo różnie: skrajnie pozytywnie, ale i skrajnie źle), a teraz ma sporą retrospektywę, która podsumowuje jego twórczość. Teraz wiemy, kto jest naszym (kolejnym) wielkim artystą, który własne przechodzi na pozycje klasyka i do historii. Ktoś mi dzisiaj powiedział, że to ten rodzaj wystawy, że wchodzi się… i właściwie wszystkie prace już się kiedyś widziało – wszystko z góry się wie. Cykl Demokracje jest już podobno zamknięty… Choć my nadal nie wiemy, gdzie ta krytyka ma prowadzić i jakie powinna odnieść skutki…
KF. Moim zdaniem, Żmijewski słusznie powrócił do galerii – instalacja Demokracje jest naprawdę piękna (tyle i aż tyle)! Poza tym cieszę się, że dzięki tej wystawie galeria, czyli tradycyjna przestrzeń wystawiennicza ponownie została przewietrzona, odświeżona, a przy okazji przypomniała o swym niezbywalnym statusie w świecie sztuki. To być może jest największa rewolucja, z jaką mamy tu do czynienia: zasadnie i fortunnie (choć nie niewinnie) powrócić z ulicy do galerii, na powrót zrobić wielkie wydarzenie przede wszystkim estetyczne…
AB. Tak, to nie tylko powrót, ale też przegląd i podsumowanie. W tym sensie centralne miejsce Mszy – działania ostrego, ale skrajnie estetycznego, nie krytycznego – zyskuje jeszcze większe znaczenie. Generalnie, jest to jedyna praca na tej wystawie, w której chodzi o warsztat Żmijewskiego, o propozycję czysto artystyczną, a nie o rzeczywistość pozaartystyczną, społeczną.
KF. Dla porządku, jest jeszcze praca Na ślepo (2010), ale ja jej nie kupuje. Na mnie ona nie działa. Bardziej mi to wygląda na podsumowanie kolejnego grantu unijnego. Dobrze wiemy, że w sztuce współczesnej mnóstwo działań w ogóle nie miałoby miejsca, gdyby nie konieczności rozliczania się z konkretnych, materialnych, wymiernych efektów przed urzędnikami…
AB. Ale powstały duże, ładne obiekty, które można powiesić. Choć to wszystko rzeczywiście mało pasuje do Żmijewskiego. Już bardziej sobie wyobrażam Pawła Althamera, który pracuje z niewidomymi… Innymi słowy, jak na Żmijewskiego to podejrzanie fajne, dobre, afirmatywne, tymczasem on dotychczas nie działał w ten sposób.
KF. To już nie mówmy nic więcej.
Trwa ładowanie komentarzy...