Ratujmy siedmiolatki!

W dyskusji o sześciolatkach w szkole (za rok to ma się stać powszechnym obowiązkiem!) rozpatrywane są wszystkie możliwe „za” i „przeciw” – jednakowoż zawsze patrzy się na tę sprawę z perspektywy sześciolatka, czasem rodziców tegoż czy personelu szkolnego. Tymczasem w sprawę wplątane są jeszcze dzieci z rocznika 2007, które za rok pójdą do pierwszej klasy, a o których – nie wiedzieć czemu – mówi się mało albo w ogóle. Niesłusznie, bo to także poważny problem.

W niniejszym tekście ma zamiar mówić wyłącznie w imieniu przyszłorocznych siedmiolatków i ich rodziców. Tak się składa, że we wrześniu 2014 roku do pierwszej klasy – jako siedmiolatek – pójdzie mój syn i mnie się bardzo nie podoba, że dzielić ten przywilej/obowiązek będzie z dziećmi urodzonymi w 2008 roku.


Zanim jednak opowiem w kilku słowach, jak to wygląda z naszej – jego i mojej – perspektywy, ustosunkuję się jeszcze w dwóch zdaniach do tekstu Justyny Sucheckiej z sobotniego wydania „Gazety Wyborczej”, który – nie ukrywam – straszliwie mnie zirytował, bowiem stanowi wyjątkowo nierozsądny głos w sprawie. Suchecka twierdzi, że zasadniczo problemu nie ma („Fakty są takie, że nauczyciele są do pracy z dziećmi przygotowywani – kończą studia, kursy i szkolenia, którymi się szczycą. I przecież z siedmiolatkami też sobie radzą. A to też są małe dzieci”), a jeśli jest, to głównie po stronie rodziców, którzy wiedzę czerpią z for internetowych, hodują w głowach własne „demony” i „nadają” na szkoły, miast do nich chodzić, poznawać je z bliska.

Nie wiem, o jakich KONKRETNIE rodzicach Suchecka mówi – jeśli badania swe robiła na forach, to gratuluję: nie wysiliła się, z domu nawet nie wyszła, a sprawę zdaje na drugiej stronie dziennika… Ja się pofatygowałam: przeszłam się na wszystkie „drzwi otwarte” do okolicznych szkół, spotkałam tam tłumy rodziców (codziennie tych samych, bo okazało się, że każdy z nas chciał obejrzeć jak najwięcej szkół – nie tylko „rejonówkę” ) i na tej podstawie odpieram zarzut, że problem leży w rzekomych „demonach”, które zalęgły się w głowach rodziców. Proszę mi wierzyć, nie w tym problem. Np. moje dziecko w jednej szkole bawiło się tak wspaniale, że nie chciało z niej wychodzić, z drugiej zaś uciekało zapłakane.

Dla porządku dodam, że szkoła pierwsza ma zerówki od 1999 roku, świetnie zna dzieci sześcioletnie i nawet nie musi się specjalnie przygotowywać na ich przyjęcie, gdyż od lat wychowuje je z powodzeniem. Druga szkoła – ta, z której uciekaliśmy z płaczem – we wrześniu 2013 roku pierwszy raz w swej historii otworzy swe podwoje dla dzieci z zerówek. Obie szkoły to śródmiejskie podstawówki publiczne (Warszawa, Powiśle). Obie leżą kilkaset metrów od mego domu, a takie różne! Wolę nie myśleć, jak to wygląda np. na prowincji. Tam to dopiero muszą być dysproporcje! Dodam, że stołeczne Śródmieście pozbyło się sześciolatków z przedszkoli jako pierwsza gmina w kraju i zrobiło to już dobrych kilka lat temu, a różnice między poszczególnymi placówkami do dziś pozostały przepastne!!

Dzięki wycieczkom, które RZECZYWIŚCIE ODBYŁAM, wiem, że jedne szkoły są świetnie przygotowane, inne w ogóle, zaś moje lanie atramentu nic tu do września 2013 roku nie zmieni… Zresztą… ja „naszą” szkołę już wybrałam – mam nadzieję, że dobrze – a i tak boję się, kiedy myślę o MOIM dziecku w wybranej przez nas szkole (zapisy już się odbyły!).

Jeśli mam „demony” w głowie, to nie mogą być nimi moje własne wspomnienia (Suchecka twierdzi, że rodzice patrzą na wszystko przez pryzmat własnych doświadczeń z dzieciństwa, kiedy rzeczywiście nie było w szkole dywaników i zabawek), gdyż sama chodziłam do szkoły integracyjnej (publicznej, w zwykłym miasteczku powiatowym, 330 km od Warszawy), gdzie podejście do ucznia już wtedy było indywidualne, infrastruktura nie była wcale gorsza od współczesnej, a psycholog i pedagog wspierali robiących liczne kursy (tak, tak!!!) nauczycieli! Wspomnień więc traumatycznych nie mam, a jednak boję się o moje dziecko.

Konkretnie zaś, boję się sześciolatków, którzy za rok masowo kroczą w jego – siedmioletnią – egzystencję i pozostaną tam przez cały proces edukacyjny (12 do 17 lat, lekko licząc). Mój syn będzie musiał nauczyć się współistnieć, rywalizować i koegzystować nie tylko z rzeszą rówieśników, ale także i z dziećmi młodszymi od niego o np. 16 miesięcy (przy czym maksymalna, ale też „normalna” – wynikająca bowiem z tej genialnej ustawy – różnica między dziećmi w tej samej klasie będzie wynosić 24 miesiące).

Czym jest taka różnica w przypadku dzieci 7, 8, 9-letnich? Przepaścią! Zaś to, że także i dziś miesza się sześciolatki z siedmiolatkami w jednej klasie, to żaden dla mnie argument, gdyż dotychczas nie była to konieczność czy obowiązek, a WOLNY WYBÓR rodziców - rozumiem, że decydowali się na wcześniejsze posłanie dziecka do szkoły ci, których dziecko wydawało im się na to gotowe. Otóż, moim zdaniem, moje dziecko ani nie jest gotowe na to, by pójść wcześniej do szkoły, ani też na to, by za rok powitać w swoim oddziale wystraszone maluchy, z których nie wszystkie będą rzeczywiście gotowe na naukę w tych warunkach (nie dość, że szkoła, to jeszcze te siedmiolatki w ławce obok!).

Znam moje dziecko bardzo dobrze i wiem, że może nie podejść ze zrozumieniem do dziecka np. mniej dojrzałego o kilkanaście miesięcy. I nie jest wcale tak, że nie wierzę w syna – przeciwnie. Jednak po 3 latach w przedszkolu wiem, że dzieci to… dzieci. Po prostu. W naszym przedszkolu jest 70 dzieci i 6 nauczycielek, natomiast w grupie mojego syna 19 dzieci opiekują się dwie nauczycielki (jest też pani do pomocy oraz personel dochodzący: pani od rytmiki, pani od gimnastyki, pani od angielskiego, logopeda i psycholog), a moim to od trzech lat jedno z dzieci, kiedy się zdenerwuje, a denerwuje się często, gryzie całą resztę i nic się z tym nie da zrobić. Nawiasem mówiąc, wiem, że mój syn będzie kontynuował naukę w szkole razem z „Gryzakiem” (skądinąd bardzo fajnym i mądrym chłopcem) i zastanawiam się, jak się problemem tym zajmą panie w szkole, gdzie jedna nauczycielka będzie miała w klasie może i 30 dzieci, a dzieci te będą w różnych wieku, z całą masą najróżniejszych problemów, słabości, niemożliwości. Jak słyszymy, panie mają zrobić wszystko, by owe różnice zasypać.

Ciekawe czy znajdą jeszcze czas, by zająć się dziećmi, które mają inne problemy – np. gryzą lub krzyczą, gdy coś im się nie uda. Nawiasem mówiąc, nasz „Gryzak” nie jest jedynym sześciolatkiem, jakiego znam, który ma problem, tudzież sprawia jakieś problemy. Dla porządku dodam, że niemal nie znam sześciolatków, którzy własnych problemów nie posiadają i nie sprawiają ich innym.

No dobrze, ale ustawa już żyje własnym życiem… Co zatem zrobić? Nie pozwolić, by siedmiolatki z rocznika 2007, których z jakiś powodów rodzice nie posłali wcześniej do szkoły, nagle zostały przymuszone do koegzystencji z sześciolatkami hurtem posłanymi do pierwszych klas we wrześniu 2014!!!!

Jeśli ta reforma jest koniecznością dziejową (nie sądzę, ale kogo to obchodzi…), to należy ją wprowadzić inaczej: nie miksując na siłę rocznika 2007 z 2008. Przecież można to zorganizować tak, by w którymś roku, np. 2016 wszystkie sześciolatki poszły do pierwszej klasy, ale nie spotkały się jednak tam z dziećmi starszymi.

Nie wierzę, że to mieszanie i zamieszanie, jakie ma być we wrześniu 2014 we wszystkich polskich szkołach, komukolwiek wyjdzie na dobre. Z pewnością nie przysłuży się ono mojemu synowi, którego podziwiam, wspieram, ale też i rozumiem w tym, co nie przychodzi mu łatwo, a także i mnie (to ja przez najbliższe kilkanaście lat będę wspierała go w wszystkich trudnościach i nie podoba mi się, że z racji niemądrej ustawy będziemy ich mieli jeszcze więcej).

Proszę uwierzyć, że większość sześciolatków ma już całą masę problemów ze światem. Przykładowo, rzeczywistość mojego niezwykle ciekawskiego, bystrego i nadwrażliwego (aż przewrażliwionego) syna nawet teraz jest już całkiem złożona – za rok będzie, jak sądzę, pogmatwana jeszcze bardziej. „Gryzak” też nie ma łatwo. Na moje oko, nowa pani mojego syna oraz „Gryzaka” ma przechlapane. Dostanie siedmiolatki z masą problemów i sześciolatki z ich problemami i jeszcze jeden problem: jak pogodzić, tudzież rozdzielić, jedno z drugim, jak zintegrować te dwa kosmosy, skoro i tak w każdym z tych kosmosów trwa permanentna wojna światów. Mam nadzieję, że nigdy nie usłyszę, iż „Gryzak”, mój syn i ich trudności muszą poczekać, gdyż teraz trzeba zajmować się przerażonymi sześciolatkami!!!

Dość mam też już dyskusji o tym, czy za rok będą odpowiednio ładne dywaniki dla sześciolatków. Bardziej interesuje mnie mój siedmiolatek, którym przez najbliższe kilkanaście lat będzie zmuszony funkcjonować w rzeczywistości pokomplikowanej przez pewną ustawę, w imię której najbardziej bezpośrednio dotycząca i dotykająca go rzeczywistość zostanie powiększona o cały rocznik 2008. Nic nie mam do tych dzieci, ale zastanawiam się, komu to wyjdzie na dobre. Na moje, ani sześcio, ani siedmiolatkom. Jeśli więc chodzi o moje „demony”, pani Justyno, to z racji tego, że należałam do wyżu demograficznego („dzieci stanu wojennego”), zawsze miałam pod górkę. Tam gdzie moja, urodzona w ’79 roku siostra miała 3 osoby na miejsce, ja miałam 5 (egzaminy do liceum, na studia – teraz jeszcze dochodzi gimnazjum).

Tam, gdzie dzieci urodzone w 2006 roku będą miały „x” osób na miejsce, mój syn będzie miał „2 razy x”, bo przecież niech nikt nam nie obiecuje (i nie obieca), że dla rocznika’07 - powiększonego o wszystkie dzieci urodzone w 2008 – w dobrych gimnazjach, liceach, na uniwersytetach pootwierają dwa razy więcej klas… Dla nas, dzieciaków urodzonych w wyżu z pierwszej połowy lat osiemdziesiątych, nikt niczego podobnego nie zrobił, a przecież nas było tylko o kilka procent więcej – nie zaś o cały rocznik. Miałam pod górkę i czułam, że to niesprawiedliwe. A przed moim synem… Mont Everest edukacyjny! Tak to widzę. I, moim zdaniem, jest to po prostu NIESPRAWIEDLIWE!
Trwa ładowanie komentarzy...