O autorze
Jestem historyczką i krytyczką literatury oraz sztuk wizualnych. Napisałam książkę krytycznoliteracką, piszę kolejne książki krytycznoliterackie, choć najchętniej napisałabym powieść o Izabeli Łęckiej (to kiedyś). Wierzę w każdą możliwą jeszcze Panią Bovary i kilku innych ludzi. Poza tym – wierzę w magię słów, zdarzeń, rzeczy i wszystko to, co pozostaje współczesne (adekwatne swoim czasom, miejscom, zasobom). W jednej kwestii pozostaję (absolutnie) anachroniczna: może to wyniknie w tym blogu, którego pisać będę – jak to się niegdyś mówiło – „z zachwycenia”. Lubię wszelkie byty i zdarzenia zagęszczone, intensywne. Jednym słowem – lubię sztukę. Mam swoje miejsce (jest mi tu dobrze) i z niego właśnie będę pisać.

"Manifesto" - kolejny kres nowoczesnych narracji o rzeczywistości

„Manifesto” to film Juliana Rosefeldta, który w istocie stanowi benefis Cate Blanchett.

Aktorka wciela się w trzynaście różnych postaci – od osoby bezdomnej, egzystującej w świecie po katastrofie, przez gospodynię domową, robotnicę, punkówę, po dziennikarkę, nauczycielkę, działaczkę – i w każdej z tych kreacji niejako „sprawdza” aktualność i nośność manifestów współtworzących formację kulturową zwaną nowoczesnością. Choć „sprawdza” to być może niewłaściwie określenie – raczej sprawia, że wygłaszane w poszczególnych scenkach teksty manifestów same się niejako dekonstruują, obnażają swą papierowość, niewczesność i historyczność.



Ale od początku. Sześć lat temu Cate Blanchett poznała niemieckiego artystę sztuk wizualnych Juliana Rosefeldta i – zafascynowana jego osobą oraz twórczością – wystąpiła w jego instalacji „Manifesto”. Na wystawionych w galerii trzynastu ekranach trzynaście postaci granych przez Cate Blanchett wypowiadało teksty ważnych dla historii XX wieku manifestów (m. in. Malewicza i Appolinaire’a, Jarmusha oraz von Triera, Dogmy 95 i sytuacjonizmu). Z trzynastoelementowej instalacji powstał film „Manifesto” – obraz, owszem, miejscami zabawny i niepozbawiony autoironii. Przyjemność obcowania z dziełem autokrytycznym gwarantują na przykład sceny, w których przemawiająca na pogrzebie kobieta żegna męża wykładem na temat dadaizmu albo te, w których zamiast modlitwy przed jedzeniem gospodyni domowa „odmawia” manifest o pop arcie (co ciekawe, za stołem widać męża Blanchett oraz jej zniecierpliwionych zbyt długą "modlitwą" synów). Są to momenty największego rozdźwięku między tekstami manifestów a kontekstem, w jakim zostają one wypowiedziane, co wcale nie znaczy, że w innych kontekstach buńczuczne słowa łatwo rymują się z rzeczywistością, z jakiej rzekomo wynikają i w jaką niechybnie wpadają.

Film Rosefeldta stanowi wyrafinowaną deziluzję na temat manifestu rozumianego jako dosadny środek wyrazu oraz skuteczny sposób oddziaływania na rzeczywistość. Stojący za kamerą artysta nie pozostawia złudzeń – wiek manifestu minął! Bezpowrotnie. I jeśli poprzednie stulecie upłynęło pod przemożnym wpływem manifestów artystyczno-filozoficzno-politycznych (a najbezwzględniej działającym był rzecz jasna „Manifest Komunistyczny”), to pierwsze dekady XXI wieku jasno komunikują niesprawność i nieistotność tego typu medium. Nawiasem mówiąc, przekonaliśmy się o tym dobitnie parę tygodniu temu, kiedy media oraz opinia publiczna łatwo (i, co gorsza, skutecznie) zdyskredytowały utrzymane w duchu dwudziestowiecznego manifestu słowa i gesty Piotra S., który w akcie politycznego sprzeciwu podpalił się pod PKiN-em.




O papierowości, retoryczności i historyczności medium, jakim jest manifest, świadczą najdobitniej te sceny, w których prezenterka newsowa oświadcza, że „cała współczesna sztuka do oszustwo” („fake”), a szkolna nauczycielka apeluje do wyobraźni dzieci słowami „oryginalne nie istnieje” oraz „kradnijcie wszystko, co was zainspiruje”. Instruowane w ten sposób dzieci nie wydają się wcale porażone tą wywrotową myślą – przeciwnie, traktują ją jak kolejną lekcję: lekcję konieczną do przyswojenia i skrupulatnego odrobienia. Krótko mówiąc, manifesty przestały działać, bo w silnie zmediatyzowanej rzeczywistości skandalem przestały być jakiekolwiek media (zwłaszcza że tych z każdym dniem przybywa), a pozostaje nim już tylko to, co stawia opór wszelkiej mediatyzacji, co nie podlega dyskursywizacji, obróbce estetycznej czy fetyszyzacji. Tym więc, co działa bezwzględnie i podprogowo, jest bezpośrednie doświadczenie niedających się wyrazić stanów, afektów, intensywności. Mało mnie zatem obchodzi Blanchett wcielająca się w postać nauczycielki czy prezenterki ogłaszających ex cathedra taką czy inną „prawdę”, za to silnie reaguję na inną ze stworzonych w "Manifesto" kreacji - na widok kobiety w średnim wieku zamieszkującej małe mieszkanko z wielkiej płyty i opuszczającej każdego dnia swoje lokum po to, by udać się do alienującej ją pracy.

„Manifesto” to frapujący film o tym, czy (i jak) można współcześnie zasadnie angażować się w zastaną rzeczywistość i dyskurs o niej. Jednakże jego podstawowa teza brzmi arcypesymistycznie: słowa i wszelkie inne media tak dalece abstrahują nas z tak zwanego prawdziwego życia, że właściwie jednym sposobem, by zrozumieć tę czy inną sytuację, jest doświadczenie jej na własnej skórze. Sztuka bowiem (z definicji) nie potrafi być szczera, co nie zmienia faktu, że sztuka bywa czasem dla artysty tudzież odbiorcy dojmująco prawdziwym (realnym) doświadczeniem.

„Manifesto”, reż. Julian Rosefeldt, australijsko-niemiecki dramat, 17 listopada 2017 r., Gutek Film.
Znajdź nas na Znajdź nas na instagramie
Trwa ładowanie komentarzy...