O autorze
Jestem historyczką i krytyczką literatury oraz sztuk wizualnych. Napisałam książkę krytycznoliteracką, piszę kolejne książki krytycznoliterackie, choć najchętniej napisałabym powieść o Izabeli Łęckiej (to kiedyś). Wierzę w każdą możliwą jeszcze Panią Bovary i kilku innych ludzi. Poza tym – wierzę w magię słów, zdarzeń, rzeczy i wszystko to, co pozostaje współczesne (adekwatne swoim czasom, miejscom, zasobom). W jednej kwestii pozostaję (absolutnie) anachroniczna: może to wyniknie w tym blogu, którego pisać będę – jak to się niegdyś mówiło – „z zachwycenia”. Lubię wszelkie byty i zdarzenia zagęszczone, intensywne. Jednym słowem – lubię sztukę. Mam swoje miejsce (jest mi tu dobrze) i z niego właśnie będę pisać.

Nieodmiennie problematyczna polskość (druga połowa stycznia w kulturze)

Najciekawszymi premierami literackimi i teatralnymi w drugiej połowie stycznia okazały się dzieła rozważające status poezji (oraz poetów) w kontekście niedającego się wyminąć, ominąć, zneutralizować żywiołu polskości.

Marcin Świetlicki, „Polska (wiązanka pieśni patriotycznych)”, wycinanki polskie Alicja Biała, (Wolno, Lusowo, premiera w styczniu 2018 roku) – autorski wybór wierszy Marcina Świetlickiego ukazujący się z okazji stulecia niepodległości Polski. Poeta wybrał kilkadziesiąt wierszy na temat Polski oraz własnego doń stosunku i ułożył je wraz z ilustratorką oraz wydawcą w książeczkę kojarzącą się z modlitewnikiem. Nie jest to pierwszy tematyczny wybór wierszy Świetlickiego (dość przypomnieć „Nieoczywiste” – książeczkę z 77 wierszami religijnymi Marcina Świetlickiego wybranymi przez Wojciecha Bonowicza), lecz niewątpliwie jest to książka wizualna oraz konceptualna – rzecz do czytania, oglądania, obdarowywania się nią (bo jest to także literacki gadżet). Tomik znaczą dwa przesłania: pierwsze pochodzi z kultowego wiersza „Polska” Marcina Świetlickiego i brzmi „ – wydaje im się, że mają swojego poetę. / A ja odczekuję ironiczną, gorzką chwilę, krzywię się / i triumfalnie zaprzeczam”, drugie wystosował na „świętym” obrazku (kolażu z maryjkami i bosonogim Ojcem Rydzykiem) publicysta i duszpasterz środowisk twórczych, ksiądz Andrzej Luter. „Poeta Marcin Świetlicki siecze mieczem polskości” – powiada Luter, rzecz jednak w tym, że nie tyle nim „siecze”, co – od lat – odgradza się od tego, w czym na poszczególnych etapach historii manifestuje się rzeczona polskość. Krótko mówiąc, Świetlicki w wierszach, dzięki wszechobecnemu w nich żywiołowi ironii i autoironii, od zawsze dystansuje się wobec ukochanego kraju, na czym wcale nie cierpi oczywisty oraz bezsprzeczny patriotyzm poety (prezentowane przezeń umiłowanie ojczyzny jest mi postawą, dodam, dość bliską – być może nawet w dużej mierze od Mistrza Świetlickiego zapożyczoną). W „Polsce” znajdują się najwcześniejsze wiersze poety (także te, które współtworzyły kultowe „Zimne kraje” z 1992 roku) oraz pozycje „postdobrozmianowe”, a więc wiersze opublikowane w książce poetyckiej „Drobna zmiana” z ubiegłego roku oraz garść nowości, w tym również „Sierpień w mieście”, a zatem wiersz wprost odnoszący się do ulicznych walk o „wolne sądy”, w toku których publicyści, dziennikarze, a nawet politycy jakimś cudem przypomnieli sobie o istnieniu takiego zjawiska jak poezja (zjawiska – zdawałoby się – wręcz arcypolskiego) i często odnosili się do wierszy samego Świetlickiego. Dość przypomnieć profesor Ewę Łętowską, która zbudowała swój wykład o wzajemnych relacjach między tak arbitralnymi oraz ambiwalentnymi bytami jak poezja i konstytucja wokół refrenu z wiersza „Pod wulkanem”, który brzmi: „Niczego o nas nie ma w Konstytucji” (z tomu „Schizma” z 1994 roku). Jeśli chodzi o towarzyszące tej poezji kolaże, to są one nieco zbyt oczywiste: niczego nowego nie wnoszą do interpretacji wierszy, więcej nawet – nierozważnie upraszczają pełen aporii i nierozstrzygalności stosunek poety do nieodmiennie transformującej się ojczyzny. Z wierszy Świetlickiego emanują bowiem bezustannie czułość, bezbronność, miłość, strach i bezinteresowne angażowanie się poety w sprawy najbardziej fundamentalne. Tymczasem w fotomontażach Białej odbijają się już tylko żywioły ludyczności oraz ironii. W rezultacie zmontowane współcześnie obrazki do wierszy sprzed nierzadko dwóch, trzech dekad okazują się, koniec końców, anachroniczne, zapóźnione, zatrzaśnięte w estetyce z lat 90., tymczasem same wiersze wypadają na ich tle nadspodziewanie aktualnie.

Łukasz Zawada, „Fragmenty dziennika SI” (Nisza, Warszawa, premiera 13 stycznia 2018 roku) – debiut książkowy Łukasza Zawady, o którym na okładce książki nie mówi się wcale „autor”, lecz „znalazca”. I już ta pierwsza figura odsyła nas do arcynowoczesnych (stricte dwudziestowiecznych) estetyk, konceptów, stylistyk i koncepcji podmiotowości. Jest więc to książka cokolwiek anachroniczna, być nie powiedzieć zapóźniona – z jednej strony, odnosi się do przyszłości, a więc do momentu, kiedy Sztuczna Inteligencja zdominuje wreszcie rodzaj ludzki, z drugiej – oscyluje wokół daty 12 stycznia 2012 roku i rezonuje z dyskursami historycznej już awangardy oraz rozmaitych pop-izmów. „Fragmenty dziennika SI” bezsprzecznie stanowią pozycję obowiązkową dla miłośników książek wydawanych przez Niszę – wierzę bowiem, że czytelnicy tych publikacji, podobnie jak ja, nieodmiennie czują żywą nostalgię za literaturą jawnie i bezpretensjonalnie (czasem nawet genialnie) wikłającą się we własne aporie i nierozstrzygalności. Wypada jednakże zaznaczyć, że nie jest to książka wnosząca coś nowego do powszechnej (nie)wiedzy o zjawisku sztucznej inteligencji – to gratka dla miłośników literatury pięknej, wysokoartystycznej, nie zaś dla fanów science fiction (czytana z tej pozycji natychmiast dekonstruuje się jako rozbrajająco bezsilna wobec tytułowego zjawiska).

„Ewa Zarzycka. Nie jestem Zofią Rydet” (Galeria Studio w Warszawie, 16 stycznia 2018 – 31 marca 2018) – wystawa prac Ewy Zarzyckiej przygotowana przez Agnieszkę Rayzacher i Dorotę Jarecką. Ewa Zarzycka to artystka performance oraz wykładowczyni we wrocławskiej Akademii Sztuk Pięknych (studiowała tu zresztą w latach 70.). Zaczynała od fotografii, w roku 1980 nakręciła film „Przejawy” (przez jakiś czas działała w tym właśnie medium), aż w końcu ważnym dla niej narzędziem stał się dyktafon. Prezentowany w Galerii Studio projekt „Nie jestem Zofią Rydet” powstaje od 2017 roku i składa się z filmów, w których pojawiają się bliscy artystki w ich własnym otoczeniu (w domu albo w miejscu pracy). Rzecz nawiązuje do wspomnianej w tytule Zofii Rydet – autorki powstającego w latach 1978–1990 cyklu fotograficznego „Zapis socjologiczny”, którego poszczególne fotografie ukazywały ludzi (pojedynczo, w parach, grupowo) na tle jednej ze ścian ich mieszkania. Najciekawszym elementem wystawy jest wspomniany już film „Przejawy” – pierwotnie siedmiominutowy, współcześnie „rozciągnięty” do niemalże 30 minut i opatrzony arcyciekawym komentarzem autorki. Tę piękną pracę przemyślnie wystawiono w sali, w której znajdują się fragmenty archiwum Ewy Zarzyckiej. „W sztuce Ewy Zarzyckiej – jak twierdzą kuratorki – materiałem jest jej własne życie i pamięć, a przeszłość, odczytywana wciąż na nowo, nigdy nie stoi w miejscu”. Elementem wystawy jest też performance Ewy Zarzyckiej, który odbędzie się w Galerii Studio 11 marca 2018 roku o godzinie 18:00.


Agnieszka Wolny-Hamkało, „Moja córka komunistka” (Wydawnictwo W.A.B, Warszawa, premiera 17 stycznia 2018 roku) – kolejna powieść Agnieszki Wolny-Hamkało, poetki, pisarki, krytyczki literackiej i animatorki kultury. Bohaterami książki są wrocławscy twórcy teatralni, artyści sztuk wizualnych i kulturoznawcy – jest to zatem proza środowiskowa, wcale nie pierwsza w dorobku Agnieszki Wolny-Hamkało (dość przypomnieć "41 utonięć" z 2015 roku). Osią fabuły jest nie tylko wrocławskie życie kulturalne, ale także wątek o zasięgu ponadlokalnym, albowiem jeden z kochanków tytułowej komunistki (Anny) do złudzenia przypomina bardzo popularnego pisarza... Wyjątkowo frapującymi motywem w powieści jest jedzenie, którym Anna zajmuje się naukowo (konkretnie: bada kulturę jedzenia), choć sama ma do niego dość nieoczywisty stosunek. Ciekawym aspektem książki są także relacje z mężczyznami, jakie zawiązuje główna bohaterka. O jednym z jej romansów już wspomniałam, o innych napiszę tylko tyle, że z powieści wynika, iż czas egocentrycznych, narcystycznych facetów nieodwołalnie się kończy. I to jest dobra wiadomość – także dla nich.

„Żeby nie było śladów” (reż. Piotr Ratajczak, premiera 25 stycznia 2018 w Teatrze Polonia w Warszawie) – spektakl na podstawie „Żeby nie było śladów” Cezarego Łazarewicza, reportażu uhonorowanego w 2017 roku Nagrodą Literacką Nike. Rzecz opowiada o okolicznościach śmierci warszawskiego maturzysty Grzegorza Przemyka (w roli tej student łódzkiej filmówki Adrian Brząkała) – młodego poety i marzyciela, syna angażującej się w działalność opozycji demokratycznej poetki Barbary Sadowskiej (Agnieszka Przepiórska). Aktorzy (z wyjątkiem Przepiórskiej i Brząkały) w każdej scenie wcielają się w inną postać – ten więc, kto w pierwszej scenie był kolegą szkolnym Przemyka, w następnej (i, co ważne, na oczach publiczności) przepoczwarza się w bezwzględnego zomowca, który zakatował Przemyka, lub w rozmaitej maści urzędników państwa totalitarnego (od generałów po prokuratorów), którzy próbują przerzucić odpowiedzialność za śmierć chłopaka na sanitariuszy, matkę oraz przyjaciół chłopca. Podmianki te unaoczniają swoistą dla systemu totalitarnego zasadę: w odpowiednim momencie hak znajdzie się na każdego. I tak młodzież, która ex definitione lubi się bawić, śpiewać, pić, tańczyć, zrazu może „za swoje wygłupy” zostać postawiona w stan oskarżenia, a prowadząca otwarty dom artystka – okazać się nie dość „dobrą” matką. Winni są wszyscy, tylko nie ci, co rzeczywiście zabili. Szczególnie przejmująca scena u Ratajczaka to ta, w której Ireneusz Kościukiewicz (morderca Przemyka, który nie spędził w więzieniu nawet jednego dnia) w rytm piosenki „Lasciatemi cantare” opowiada o tym, jak ułożył sobie życie na emigracji – w finale tej sceny zadowolony z sobie lowelas w ciemnych okularach przeciwsłonecznych uśmiecha się do słów „sono un italiano, / un italiano vero”. Poszczególne sekwencje spektaklu zamykają kultowe piosenki (od Dezertera, Republikę, przez Maanam, Lady Pank, po Joy Division i Jacka Kaczmarskiego), w trakcie których aktorzy intensyfikują rozmaite działania sceniczne, osiągając nierzadko bardzo ciekawe efekty. Najwybitniejszą kreację stworzyła tu, rzecz jasna, Agnieszka Przepiórska. Jej Barbara Sadowska jest postacią nieoczywistą: raz dającą się powieść rozkrzyczanej młodzieży na manifestację, innym razem uwodzącą młodego mężczyznę, a w jeszcze innej scenie snującą plany o statecznym życiu u boku dorosłego wreszcie syna-studenta. Śmierć jedynego dziecka oznacza dla poetki nie tylko rozpacz i kres wszystkich marzeń, ale i początek walki o własną godność i niedającą się wyegzekwować w peerelowskim sądzie prawdę. „Ludzie o miedzianym czole, utożsamiający milicję z władzą, postanowili poświęcić prawdę dla swoich doraźnych korzyści, skompromitować wymiar sprawiedliwości w Polsce cynicznymi manipulacjami, które będą kiedyś książkowym przykładem niesprawiedliwości” – powiada ze sceny Przepiórska. Nawiasem mówiąc, to te słowa skłoniły reportażystę do napisania książki o wszechobecnych w sprawie Przemyka kłamstwach, manipulacjach, szantażach. Jeśli czegoś zabrakło w niemalże pozbawionym scenografii przedstawieniu Ratajczaka, to postaci Leopolda Przemyka – ojca Grzegorza. Reżyser potraktował go tak, jak zwykle traktuje go opinia publiczna – jako postać nieobecną w historii (oraz legendzie) własnego syna. Tymczasem Łazarewicz poświęca mu cały rozdział, w którymi napisał między innymi: „Na niego nie zwraca się uwagi. […] Był czas, że miał żal, że o nim się nie pamięta, a on też cierpiał. Gdy Grzesio był mały, był mu przecież ojcem i matką. A potem, w tej tragedii, jakby nie istniał, jakby go nigdy nie było, jakby Grześ miał tylko matkę poetkę i narodził się bez udziału ojca inżyniera. Ona jest śmiertelnie zranioną matką Polką i siostrą Hioba. Nad nim nikt się nie użala. Nawet nie pyta, co czuje, jak cierpi, jak sobie z tym bólem radzi”. Wymazanie Leopolda Przemyka jest o tyle niesprawiedliwe, że to właśnie on poświęcił trzy dekady na dochodzenie sprawiedliwości w polskich i europejskich sądach. Dwa miesiące przed śmiercią w 2013 roku Leopold Przemyk wygrał sprawę w Europejskim Trybunale Praw Człowieka, który orzekł, że Polska naruszyła artykuł 2 Europejskiej konwencji praw człowieka („Postępowanie karne w sprawie śmierci Grzegorza było przewlekane i nie zmierzało do odnalezienia sprawców. W ramach rekompensaty Trybunał nakazuje wypłacić odszkodowanie ojcu zakatowanego maturzysty”). Choć polskie sądy akurat w tej sprawie okazały się instytucją całkowicie niesprawną, to jednak w „Żeby nie było śladów” padają ze sceny kwestie obnażające zafiksowanie PiS-u na postponowaniu tzw. elit („kast” sędziów, lekarzy, szeroko pojętej inteligencji) – czy można było darować je sobie w tym akurat przypadku? Chyba nawet należało! Z drugiej strony, casus Przemyka porusza współcześnie tak bardzo, bo przypomina również i o tym, jak łatwo (i jak niechcący – zupełnie bez takich intencji) można stać się ofiarą śmiertelną każdej bezwzględnie działającej władzy.
Znajdź nas na Znajdź nas na instagramie
Trwa ładowanie komentarzy...